Król złodziei PRL. Fenomen Zdzisława Najmrodzkiego
Zdzisław Najmrodzki, znany w podziemiu jako "Saszłyk", był postacią, która w latach 70. i 80. XX wieku stała się legendą polskiej przestępczości. Jego dwadzieścia dziewięć udanych ucieczek z więzień, konwojów i aresztów ośmieszyło milicję PRL i uczyniło z niego symbol buntu przeciwko systemowi, który w oczach wielu Polaków był opresyjny i skorumpowany. Choć jego metody były przestępcze, w pamięci zbiorowej zapisał się jako Robin Hood epoki szarej rzeczywistości socjalistycznej.
Mechanik, który został przestępcą
Zdzisław Najmrodzki przyszedł na świat 20 sierpnia 1954 roku w Czermnie, małej miejscowości na Dolnym Śląsku. Wychowywał się w typowej robotniczej rodzinie – ojciec pracował fizycznie, matka dbała o dom i dzieci. Ukończył zasadniczą szkołę zawodową jako mechanik samochodowy, co w latach 70. było popularnym wyborem dla młodych mężczyzn bez aspiracji akademickich. Po dwuletniej służbie wojskowej, obowiązkowej dla wszystkich obywateli PRL, wrócił do Gliwic i podjął pracę w warsztacie.
Świadek podniósł alarm. Spójrzcie na nagranie ze Śląska
W 1977 roku ożenił się i wydawało się, że jego życie potoczy się utartym szlakiem: praca, rodzina, monotonia socjalistycznej codzienności. Polska przełomu lat 70. i 80. to kraj niedoborów, kolejek po mięso, ograniczonej wolności i wszechobecnej szarości. Dla wielu młodych ludzi przestępczość stawała się formą protestu albo po prostu sposobem na zdobycie dóbr niedostępnych legalnie.
W wieku 22 lat Najmrodzki trafił do więzienia po raz pierwszy – skazano go na półtora roku za pobicie milicjanta. W systemie PRL takie incydenty były traktowane wyjątkowo surowo, bo godziły w fundamenty władzy. Dla Zdzisława był to jednak dopiero początek kariery przestępczej. Już podczas pierwszego pobytu za kratkami dokonał czegoś, co zapowiadało jego przyszłą sławę: skuty kajdankami wyskoczył przez okno wolno jadącego pociągu więziennego.
Peweksy, polonezy i plakaty
Po wyjściu na wolność Najmrodzki zorganizował własną grupę przestępczą, która specjalizowała się w okradaniu sklepów Pewex. Te placówki były symbolem nierówności w PRL – sprzedawały zachodnie towary za dewizowe waluty, czyli za dolary lub marki, do których przeciętny Polak nie miał dostępu. Dla wielu obywateli Peweksy były synonimem przywileju partyjnej nomenklatury i spekulantów.
Najmrodzki opracował metodę, którą później nazwano "metodą plakatu". Włamywacze wycinali otwór w szybie wystawowej, zabierali towar, a potem zasłaniali dziurę zdjętym wcześniej plakatem reklamowym. Strażnicy i milicja przechodzili obok nie zauważając włamania – system alarmowy nie reagował, bo szyba formalnie była nienaruszona. Kradzieże wykrywano dopiero rano, kiedy sprawcy byli już daleko.
Grupa Najmrodzkiego kradła także samochody, głównie polonezy – popularne i stosunkowo nowoczesne pojazdy produkowane przez FSO. W ciągu trzech lat ukradli ich ponad sto, a następnie przy pomocy fałszywych dokumentów rejestrowali je na własność. W kraju, gdzie na nowego polonezа trzeba było czekać kilka lat, kradzież i legalizacja auta były intratnym interesem.
Najmrodzki nie był brutalny – unikał przemocy, skupiał się na włamaniach i oszustwach. Jego prawdziwa legenda budowała się jednak nie na przestępstwach, ale na ucieczkach. W 1980 roku uciekł z aresztu w Gliwicach przez okno z przepiłowanymi kratami. Nikt nie wie, jak zdobył narzędzia, ale efekt był spektakularny: milicja znalazła pustą celę i liścik z podziękowaniami dla naczelnika.
Ucieczki, które stały się mitem
Dwudziesta dziewiąta ucieczka Najmrodzkiego miała miejsce 19 października 1987 roku i przeszła do historii jako najbardziej spektakularna. Podczas spaceru na dziedzińcu aresztu w Gliwicach nagle zapadł się pod ziemię – jego matka i kompan przez wiele dni kopali tunel prowadzący pod mur więzienny. Zdzisław zniknął w otworze, zanim strażnicy zorientowali się, co się dzieje. W celi pozostawił list do naczelnika: pełen ironii i podziękowania za gościnę.
Inne ucieczki były równie efektowne. Raz wyskoczył z pociągu więziennego, wykorzystując fakt, że konwojujący milicjanci upili się w czasie transportu. Innym razem uciekł z pałacu Mostowskich w Warszawie, siedziby głównego aresztu śledczego, przebierając się w mundur milicjanta i przemaszerowując przez budynek jak gdyby nigdy nic. Każda z tych ucieczek była precyzyjnie zaplanowana, ale także wymagała ogromnego spokoju i opanowania.
W latach 80. "Saszłyk" stał się postacią mityczną. Ludzie w PRL żyli w poczuciu bezsilności wobec władzy, więc każda historia o człowieku, który ośmieszał milicję i wymykał się systemowi, była przyjmowana z entuzjazmem. Najmrodzki był dla wielu symbolem sprytu i wolności – kimś, kto pokazywał, że aparat państwowy nie jest wszechmocny.
Wiersze, ułaskawienie i tragiczny finał
W 1989 roku, w roku upadku komunizmu w Polsce, Najmrodzki został złapany po raz ostatni i skazany na piętnaście lat więzienia. Tym razem trafił do zakładów karnych w Gliwicach i Strzelcach Opolskich, gdzie władze uznały go za więźnia szczególnie niebezpiecznego. Jego cele były monitorowane, spacery ograniczone, a kontakty z innymi więźniami zminimalizowane.
W 1990 roku, już w wolnej Polsce, Najmrodzki wydał tom wierszy i aforyzmów zatytułowany "Oblicza prawdy". Książka ukazała się nakładem niewielkiej Oficyny Wydawniczej Galicja i niespodziewanie znalazła siedem tysięcy nabywców. Wiersze były surowe, szczere, pełne refleksji nad życiem za kratkami i sensem wolności. Dla wielu czytelników była to pamiątka po legendarnym włamywaczu, dla innych – rzadki przykład literatury więziennej z perspektywy samego przestępcy.
W 1994 roku prezydent Lech Wałęsa ułaskawił Najmrodzkiego, skracając mu karę. Decyzja była kontrowersyjna – niektórzy widzieli w niej uznanie dla legendy, inni – zbyt łagodne potraktowanie recydywisty. Zdzisław wyszedł na wolność i próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości demokratycznej Polski, kraju sklepów pełnych towarów, gdzie Peweksy już nie istniały, a polonezy można było kupić legalnie.
Śmierć na autostradzie
31 sierpnia 1995 roku życie Zdzisława Najmrodzkiego zakończyło się w sposób tragiczny i symboliczny. Jechał skradzionym samochodem z fałszywymi tablicami rejestracyjnymi i fałszywym dowodem osobistym. W okolicach Mławy, na północ od Warszawy, stracił panowanie nad pojazdem i w poślizgu wjechał wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Zginął na miejscu.
W samochodzie znajdowało się dwóch chłopców – też zginęli w wypadku. Szczegóły tej tragedii nigdy nie zostały w pełni wyjaśnione. Najmrodzki zmienił wcześniej nazwisko na nazwisko matki, co utrudniło identyfikację zwłok. Dopiero ojciec dzieci potwierdził tożsamość ofiar. Okoliczności wypadku pozostały niejasne: czy to była desperacka próba ucieczki przed policją? Czy zwykły wypadek na drodze?
Dziś nazwisko Najmrodzkiego jest zapomniane przez większość Polaków. Ale dla pokolenia, które dorastało w PRL, "Saszłyk" pozostaje postacią mityczną – kimś, kto przez lata ośmieszał milicję, wymykał się systemowi i dawał nadzieję, że nawet w najbardziej opresyjnych warunkach można zachować wolność.