Najbardziej przerażający obóz dla dzieci. Tu ginęły z głodu
Na skraju łódzkiego getta, tuż przy murach żydowskiego cmentarza, funkcjonował przez ponad dwa lata jeden z najciemniejszych rozdziałów okupacyjnej historii Polski. Niemiecki obóz dla polskich dzieci, oficjalnie nazywany Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt, działał od grudnia 1942 do stycznia 1945 roku. Jego istnienie było dowodem na totalność nazistowskiej opresji, która nie oszczędzała nawet najmłodszych.
Architektura izolacji
Nazistowskie władze wybrały dla obozu lokalizację o głęboko symbolicznym i praktycznym znaczeniu. Teren wydzielony z łódzkiego getta, odcięty od świata wysokim murem zwieńczonym drutem kolczastym, stwarzał idealne warunki do prowadzenia operacji z dala od oczu mieszkańców miasta. Brama wjazdowa przy ulicy Przemysłowej stanowiła jedyny punkt kontaktu tego miejsca z zewnętrznym światem.
Świadek podniósł alarm. Spójrzcie na nagranie ze Śląska
Wybór obszaru przy cmentarzu żydowskim nie był przypadkowy – nazistowscy planiści wykorzystywali przestrzenie już naznaczone piętnem eksterminacji, tworząc koncentryczne kręgi terroru na stosunkowo niewielkim obszarze okupowanej Łodzi.
Formalna struktura obozu odzwierciedlała niemiecki system segregacji i kontroli. Pod zarządem Policji Bezpieczeństwa, którą reprezentował SS-Sturmbannführer Karl Ehrlich, obiekt podzielono na dwie odrębne sekcje dla chłopców i dziewcząt.
Wiosną 1943 roku okupanci rozszerzyli system obozowy, zakładając w Dzierżąznej filię przeznaczoną do pracy rolniczej. Każdy element tej infrastruktury odpowiadał na potrzeby nazistowskiej ideologii i gospodarki wojennej, która nie wahała się wykorzystywać najbardziej bezbronnych ofiar.
Uzasadnienia ludobójstwa
Oficjalna propaganda niemiecka przedstawiała obóz jako placówkę izolacyjną dla "zdemoralizowanej" młodzieży polskiej, rzekomo stanowiącej zagrożenie dla niemieckiej populacji. Rzeczywistość była znacznie prostsza i bardziej brutalna – jedynym rzeczywistym "przestępstwem" internowanych było ich polskie pochodzenie.
System aresztowań obejmował szeroki wachlarz pretekstów, które w normalnych warunkach nigdy nie uzasadniałyby więzienia dzieci. "Wałęsanie się" po ulicach, osierocenie, drobne kradzieże wynikające z desperacji głodujących rodzin – wszystko to stawało się podstawą deportacji.
Szczególnie perfidnym elementem systemu było karanie dzieci za działalność ich rodziców. Antyfaszystowska postawa dorosłych członków rodziny automatycznie przekładała się na więzienie ich potomstwa.
W ten sposób nazistowski aparat represji realizował podwójny cel: niszczył polski ruch oporu i łamał psychicznie jego członków poprzez przetrzymywanie ich dzieci. Wiek ofiar – od zaledwie dwóch do szesnastu lat – świadczył o całkowitym braku jakichkolwiek humanitarnych ograniczeń w polityce okupanta.
Przemysł śmierci oparty na dziecięcej pracy
Codzienna rzeczywistość obozu była systematyczną realizacją programu wyniszczenia przez pracę. Najmłodsi więźniowie wykonywali zadania w warsztatach produkcyjnych, które wspierały niemiecki wysiłek wojenny. Iglarnie, produkcja słomianych obuwia, cerowanie i szycie mundurów – te pozornie proste czynności stawały się torturą dla niedożywionych, chorych dzieci zmuszanych do wielogodzinnej pracy. Starsze dziewczęta deportowano do prac rolnych w Dzierżąznej, gdzie warunki nie różniły się znacząco od głównego obozu.
System represji wewnątrz obozu był starannie dopracowany. Pozbawienie jedzenia stanowiło podstawową karę w miejscu, gdzie głód był codziennością. Fizyczne brutalizowanie dzieci przez "wychowawców" – eufemistyczne określenie dla oprawców – było codzienną praktyką.
Istnienie "karnej kompanii", wydzielonej sekcji dla dzieci uznanych za szczególnie krnąbrne, pogłębiało atmosferę terroru. W szczytowych momentach funkcjonowania obozu przebywało tam jednocześnie nawet tysiąc dwieście dzieci, co przy katastrofalnych warunkach sanitarnych prowadziło do nieuchronnych epidemii.
Bilans tragedii i próby rozliczenia
Przez ponad dwa lata funkcjonowania przez obóz przewinęło się około dwóch do trzech tysięcy polskich dzieci. Według dostępnych danych około dwustu z nich nie przeżyło – padły ofiarą głodu, chorób zakaźnych, w tym epidemii tyfusu i jaglicy, braku jakiejkolwiek opieki medycznej oraz bezpośredniej przemocy.
W 1944 roku, podczas szczytu epidemii, śmiertelność mogła osiągać przerażające tempo dwóch do czterech ofiar tygodniowo. Te liczby, choć dokładne, nie oddają pełni ludzkiego cierpienia, którego świadkami były mury tego miejsca.
Proces rozliczenia zbrodni rozpoczął się niemal natychmiast po wyzwoleniu. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi przeprowadziła śledztwo, które doprowadziło do skazania na śmierć kilku "wychowawców" już w 1945 roku.
Znacznie później, w 1974 roku, sprawiedliwość dosięgła także Genowefę Pohl, "wychowawczynię", która otrzymała wyrok 25 lat pozbawienia wolności. Ofiary obozu spoczęły na cmentarzu przy ulicy Kurczaki w Łodzi, a same budynki – komendantura, magazyn i kilka innych struktur – przetrwały do dziś jako niemymi świadkami zbrodni.