Warszawa: "Głos ludzki" w Hashtag Labie
To mocne dramatycznie dzieło opowiada o rozstaniu – dla bezimiennej bohaterki utworu Jeana Cocteau to koniec życia i świata. Po raz pierwszy w 1959 roku (w wersji z orkiestrą) „Głos ludzki” Francisa Poulenca (w polskim tłumaczeniu funkcjonuje też „Głos człowieczy”) – zaśpiewała ukochana śpiewaczka kompozytora, Denise Duval. To ona uczestniczyła w prapremierach wszystkich jego oper – była Teresą w „Cyckach Terezjasza” i Blanche w „Dialogach karmelitanek”.
Rolę porzucanej kochanki kreowały w swojej karierze tak wybitne śpiewaczki jak m.in.: Julia Migenes, Jessye Norman, Françoise Pollet, Felicity Lott, Barbara Hannigan i Véronique Gens – by wymienić tylko oficjalne nagrania tego dzieła. Ale istnieje też niezliczona liczba rejestracji „nieoficjalnych”, zarejestrowanych na żywo, z udziałem Wielkich Królowych Piratów: Virginii Zeani, Eliane Coelho czy Magdy Olivero, która tą partią na początku lat 80. zakończyła w Weronie blisko 50-letnią karierę (zachowało się wideo z tego występu).
Limit dzienny 6 sztuk. Biedronka daje dwa produkty gratis
Obok wersji orkiestrowej istnieje także wersja fortepianowa – bardziej kameralna, skupiona i bardziej w moim przekonaniu dotkliwa emocjonalnie, podobnie jak w przypadku innego francuskiego arcydzieła, „Peleasa i Melizandy”. Właśnie ją zaprezentowano w warszawskim Hashtag Labie, w przejmującej inscenizacji Kamili Siwińskiej.
To monodram, który boli. „Głos ludzki” to nie tylko wokalny popis, ale przede wszystkim dramat aktorki-śpiewaczki. Bohaterka prowadzi rozmowę telefoniczną, przerywaną ciągłymi rozłączeniami – wyzwaniem inscenizacyjnym jest zachowanie rytmu i napięcia w tej nieustannie rwanej narracji. Słyszymy tylko połowę dialogu, reszty musimy się domyślać. Nie wiemy, co dzieje się po drugiej stronie i co dokładnie mówi kochanek.
Dzieło prowokuje do rożnych interpretacji. Oryginalnie i niezwykle odczytała ten dramat Maja Kleczewska w pamiętnej inscenizacji w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej, wyciągając bohaterkę z pokoju hotelowego i każąc jej jeździć samochodem po mieście. Rozmowa toczyła się przez zestaw słuchawkowy, zrozpaczoną samobójczynię grała – dramatycznie belcantowa – Joanna Woś z towarzyszeniem Tarasa Flushko przy fortepianie.
Kamila Siwińska poszła inną drogą – jej bohaterka jest uzależniona od oczekiwania na telefon i dosłownie uziemiona w pokoju. Śpi w ubraniu na materacach bez pościeli, wegetuje i dogorywa. W oryginalnym dramacie nie ma bezpośredniej histerii, bohaterka nie pyta ukochanego dlaczego, nie błaga o litość. Udaje silną, kłamie, by zachować resztki godności. W wizji Siwińskiej kobieta jest ofiarą – mężczyzna z drugiej strony słuchawki dręczy byłą kochankę, zamiast dać jej święty spokój.
Jednak nie następuje śmierć, lecz wyzwolenie. Znamienna jest scena, w której bohaterka zrzuca płaszcz i kolejne tiulowe warstwy sukni – jakby pozbywała się ciężaru wspomnień i bólu. Szczególnie przejmujący jest moment, gdy owija telefon prześcieradłem niczym całunem – żegna się z nim świadomie, wiedząc, że już go nie potrzebuje. To mocne i odważne walki z rozpaczą. Bohaterka okazuje się silniejsza, niż mogłoby się wydawać – sama zrywa więź, dosłownie wyrywając kabel telefoniczny ze ściany.
Inscenizatorka nie unowocześnia tej historii pod względem technologicznym (mamy stylowy telefon stacjonarny), ale ukazuje w niej niezłomność i nadzieję: z toksycznego związku można się uwolnić. Reżyserka nie opowiada więc historii o końcu miłości, lecz o końcu niewoli. Mroczne wizualizacje (przygotowane przez Siwińską) dopełniają całości, budując złowrogi i zarazem oczyszczający nastrój opowieści.
Olga Rusin w tej roli jest bardzo intensywna. Wokalnie potrafi odważnie wnieść do swojej wokalnej interpretacji środki aktorskie, umiejętnie łącząc dramatyczny krzyk z pięknie operowo wyśpiewaną rozpaczą. Rzadko zdarza się śpiewaczka, która z taką swobodą potrafi poruszać się miedzy tak rożnymi gatunkami.
Partnerujący jej przy fortepianie Grzegorz Wierus okazał się współautorem scenicznego napięcia– chwilami wydawało się, że jego partia to głos ukochanego, którego nie słyszymy, ale który ją dręczy i drażni.
Oboje zresztą – są autorami tłumaczenia tekstu Cocteau na język polski. Dzięki temu emocje stają się bliższe, choć przekład musiał podporządkować się muzycznej frazie Poulenca – geometrycznej, pełnej napięć i pauz. Ale dzięki temu przemówił z nową siłą, ta historia jest uniwersalna i może zdarzać się wszędzie, także tu i teraz.