Recenzja gry "I Hate This Place"

Osiem godzin z "I Hate This Place" to o osiem za dużo. Recenzja miernego horroru, który miał potencjał być czymś dużo lepszym.

Fot. LicencjodawcaRecenzja gry "I Hate This Place"

Nie wiem, o czym myślałem, zgłaszając się do recenzji I Hate This Place. Może to zauroczenie survival horrorem z domieszką estetyki lat 80.? Być może, ale decyzja zapadła dopiero po tym, jak zobaczyłem, że za grę odpowiada krakowskie Rock Square Thunder. Cóż, dawno nie podjąłem równie błędnej decyzji.

Na wstępie zaznaczę, że to (luźna) adaptacja komiksu o tym samym tytule. Nie znam materiału źródłowego, więc patrzę na grę zupełnie na świeżo. Fani uniwersum mogą być bardziej wyrozumiali, ja – niestety – nie byłem.

Fot. Licencjodawca

I Hate This Game (ze wzajemnością)

Już pierwsze minuty rażą koszmarnie zrealizowanymi cutscenkami i bohaterką, która zdaje się walczyć o tytuł najbardziej irytującej postaci kobiecej w grach. Elena to chodzący stereotyp „emo buntu” i jej wieczne naburmuszenie potrafi zmęczyć szybciej niż potwory.

Fabuła próbuje być mroczna, ale jest do bólu wtórna: rytuał, zniknięcie przyjaciółki, poszukiwania matki, lokalna sekta i Rogaty Człowiek. Brzmi jak solidny horror? W praktyce wszystko tonie w drętwym humorze i straszeniu rodem z „Gęsiej Skórki”. Animacje, dialogi i voice acting są tak słabe, że trudno traktować cokolwiek poważnie. W ośmiu godzinach rozgrywki (z czego połowa to błądzenie) trafiło się może kilka ciekawszych momentów – zdecydowanie za mało, by uratować całość.

Fot. Licencjodawca

Najbardziej boli zmarnowany potencjał świata. Lore o Rogatym Człowieku i farmie Rutherfordów intryguje, ale zostaje zakopany pod nudnym gameplayem i symulatorem zbierania śmieci.

Trochę akcji, trochę skradania i nuda

Walka to drewniany slasher z domieszką skradania. Broń biała jest powolna i nieprecyzyjna, strzelanie – mimo nadmiaru amunicji – kompletnie bez mocy. Przeciwnicy są gąbkami na obrażenia, więc nigdy nie czułem satysfakcji z eliminowania ich.

Najlepszą strategią okazuje się ciche omijanie wrogów, bo ich AI jest boleśnie tępe. Wystarczy pilnować podłoża (wizualizacja dźwięków to jedyny ciekawszy bajer), by prześlizgiwać się między patrolami. Problem w tym, że mechaniki skradania są tak ubogie, iż po kilkunastu minutach pojawia się czysta nuda. Zagadki? Głównie szukanie kodów do drzwi oddalonych o kilkadziesiąt metrów.

Fot. Licencjodawca

Symulator zbierania śmieci i fabryka w lesi

Gra nie potrafi zdecydować, czy chce być horrorem, czy cozy craftingiem. Zmusza do zbierania ton surowców i rozbudowy bazy. Zamiast czuć zaszczucie, bawimy się w budowę warsztatów, ogrodów i linii produkcyjnych.

System głodu i amunicji szybko przestaje mieć znaczenie, bo zasobów jest pod dostatkiem. Ekonomia jest kompletnie rozjechana – zamiast walczyć o przetrwanie, toniesz w ekwipunku, co zabija jakiekolwiek napięcie. Jedyne ciekawsze urozmaicenie to „Ghost Levels” – surrealistyczne etapy śledcze z zagadkami morderstw. Zmieniają tempo i pokazują, że twórcy mieli ambitniejsze pomysły, ale mechanicznie też są płytkie i nie są w stanie uratować całości.

Fot. Licencjodawca

Optymalizacja dopełnia obrazu klęski. Na RTX 4080 gra w 4K na średnich detalach potrafi spaść do 40 FPS. Przy tak prostej, wręcz ascetycznej oprawie to wynik kompromitujący. Stylizacja na komiks nie ratuje płaskich tekstur, ubogiego oświetlenia i roślinności.

Werdykt

I Hate This Place zadebiutuje 29 stycznia 2026 i obawiam się, że przejdzie bez echa. Dla mnie to tytuł, w którym nie działa niemal nic: od irytującej bohaterki, przez drewnianą walkę, nudne skradanie i prymitywny crafting, po fatalną optymalizację. Jeden z najsłabszych indyków, w jakie grałem – a kilka jaśniejszych momentów w ciągu ośmiu godzin nie jest w stanie zrekompensować straconego czasu.

Fot. Licencjodawca
Wybrane dla Ciebie
ZANIM WYJDZIESZ... NIE PRZEGAP TEGO, CO CZYTAJĄ INNI!