Gorlice: Ania z Zielonego Wzgórza na deskach Centrum Kultury
Ania z Zielonego Wzgórza. Powieść kultowa. Jak się okazało podczas luźnych rozmów przed spektaklem, zaczytywały się w niej nie tylko nastolatki. Czasem wesoła, czasem burzliwa, pełna emocji, ekspresji, ale przede wszystkim ciepła i wiary w ludzi opowieść o rudowłosej Ani przetrwała dekady. I wcale się nie starzeje.
Limit dzienny 6 sztuk. Biedronka daje dwa produkty gratis
Powieść na teatralny warsztat wziął nie kto inny, jak Tomasz Tajak. Napisał scenariusz, zajął się reżyserią, wymyślił scenografię i rozdzielił role. Dlaczego taki wybór?
- Cóż, Ania z Zielonego Wzgórza to najważniejsza książka w moim życiu - przyznaje szczerze. - Z zastrzeżeniem, że taką wagę ma tylko pierwsza część - dodaje już lekko.
Trzy pokolenia na scenie
Główna rola przypadła Mai Miś i trzeba przyznać, że wywiązała się z niej doskonale. Grała całą sobą - twarzą, postawą, krokiem, ruchem ręki. Na pewno na długo pozostanie w pamięci widzów. To samo można powiedzieć o wszystkich pozostałych, nawet jeśli mieli do powiedzenia tylko kilka linijek tekstu. A trzeba tutaj powiedzieć, że było ich ponad 40! W zasadzie na scenie pojawiły się trzy pokolenia, bo przekrój wieku wynosił od dwóch do osiemdziesięciu z okładem lat.
Inaczej, niż u innych
"Ania" w wykonaniu zespołu "Otwarte Drzwi" jest trochę inna, niż w innych teatrach w Polsce. Gorlicka wersja zaczyna się długo przed tym, jak Ania staje na stacji i po raz pierwszy spotyka się z Mateuszem.
- Nie ukrywam, że wiele wątków musiało wypaść - mówi szczerze Tomasz Tajak.
Za to, by akcja nabrała tempa, w spektaklu wykorzystane zostały wizualizacje. Są nie tylko ozdobą, ale też pomagają w połączeniu scen.
Praca nad "Anią" trwała osiem miesięcy. Nie zawsze było łatwo, wszak grupa ponad czterdziestu osób, to tyle samo charakterów. Czasem dochodziło do różnicy zdań, czasem górę wzięło zmęczenie, ale nawet na odrobinę nie wpłynęło to na końcowy efekt.