Kiedyś szkoła była o nauczycielu, dziś o rodzicu. O uczniu zapominamy
Przeczytaj poprzednie części naszej rozmowy: pierwszą i drugą.
W tym artykule:
Czy możemy urodzić się z lękiem? Lekarz zabrał głos
Szkoła o rodzicach, nie o uczniach. To jedna z poważnych bolączek współczesnej edukacji
Magdalena Ignaciuk: W relacjach wokół szkoły coraz częściej brakuje zrozumienia i współpracy. Zarówno w rozmowach z rodzicami, jak i w komentarzach o edukacji pojawia się ironia, roszczeniowość czy nieufność - emocje, które zastępują wzajemny szacunek i chęć wspólnego działania.
Wojciech Radziwiłowicz: Mam takie poczucie, że za mojego życia polska szkoła - którą widziałem z różnych perspektyw - nigdy nie była tak naprawdę o uczniu. Może pojedyncze, autorsko tworzone placówki potrafią być o uczniu, ale na dużym obrazku - nie. Przez lata była szkołą "o nauczycielu" - i to jeszcze pół biedy, bo przynajmniej ci nauczyciele byli ekspertami w tym, co robili, lepszymi lub gorszymi, ale ekspertami.
A współczesna szkoła jest raczej o rodzicach. System publicznej oświaty jest o rodzicach. Zresztą niepublicznej też. O oczekiwaniach rodziców. I to jest ogromny problem.
Dlatego, że duża część rodziców nie jest szczególnie zainteresowana samym procesem edukacji. Wszyscy są natomiast traktowani jak klienci - czasami nawet tacy, którzy nie płacą, ale za to na pewno bardzo dużo wymagają.
I myślę, że to dla nauczycieli jest potężne obciążenie. Wspominam o tym właśnie w kontekście doceniania nauczycieli, bo to jest - moim zdaniem - równie ważna przyczyna wypalenia zawodowego, odchodzenia z zawodu albo w ogóle niepodejmowania pracy w szkole, jak kwestie finansowe. To nie tylko wynagrodzenia zniechęcają, ale też perspektywa ciągłej konfrontacji z roszczeniowymi rodzicami, których obecne przepisy i normy społeczne często stawiają na pierwszym miejscu.
Nauczyciel bywa dziś traktowany jak ktoś, kto ma służyć rodzicowi. Niby mówi się, że ma służyć uczniowi, ale ucznia przecież rzadko ktoś pyta o zdanie - również jego rodzic. Więc w praktyce chodzi o zadowolenie rodzica.
To bardzo trudne i przykre dla nauczycieli. I wcale nie dlatego, że rodzice są źli - w większości naprawdę zależy im na własnych dzieciach. Problem w tym, że nie zawsze są bardziej kompetentni wychowawczo, a już na pewno nie przedmiotowo, od nauczycieli, do których przychodzą. Mimo to formułują coraz więcej oczekiwań i często "stawiają ich pod ścianą". Myślę, że to jedna z poważnych bolączek w codzienności współczesnej szkoły.
Wielu nauczycieli przyznaje, że dziś kontakt z rodzicami budzi ogromny stres. Zdarza się, że widok czerwonej ikonki w skrzynce mailowej wywołuje niepokój - bo wiadomość od rodzica częściej oznacza pretensje niż współpracę. Tymczasem przecież większość nauczycieli naprawdę chce dobra uczniów i wykonuje swoją pracę z zaangażowaniem.
Ten rodzaj stresu przed kontaktem z rodzicami to rzeczywiście ważny wątek - i jedna z przyczyn wielu problemów. Skoro pani o nim wspomina, to warto o tym mówić głośno, bo to zbyt istotna sprawa, by pozwolić systemowi dalej dryfować w tym kierunku.
Wróćmy na chwilę do kwestii upolitycznienia szkoły. Gdy był strajk nauczycieli - nie oceniam teraz, czy był słuszny, czy nie, czy był skuteczny, czy nie - skupiam się na jednym: został złamany przez władzę.
Dlaczego tak się stało? Bo władza zrobiła prostą kalkulację. Kogo łatwiej "rozbroić"? Nauczycieli czy rodziców? Nauczycieli są setki tysięcy, wydawałoby się, że to potężna grupa, która może się postawić i skutecznie zawalczyć o swoje.
Ale ówczesny rząd dostrzegł coś innego. Zauważył, że choć nauczycieli jest wielu, to rodziców są miliony. Wystarczy więc przeciwstawić miliony rodziców setkom tysięcy nauczycieli - i sprawa załatwiona.
Władza nie złamała strajku siłą przepisów, tylko siłą narracji. Wykorzystała negatywne społeczne emocje, pokazując nauczycieli nie jako ludzi walczących o swoją godność i lepsze warunki pracy, lecz jako tych, którzy "szkodzą" dzieciom i utrudniają życie rodzicom. I to zadziałało.
Złamany strajk nauczycieli był momentem granicznym. Cenę płacimy do dziś
Tak, sytuacja w szkołach dramatycznie się pogorszyła. Zaufanie zostało nadwyrężone, a relacje między nauczycielami, rodzicami i władzą - mocno się spolaryzowały.
I ja uważam, że to był znacznie większy problem niż się czasem uważa. Bo oczywiście istnieją różne pokutujące klisze - częściowo trafne, częściowo nie. Na przykład ta, że największym dramatem polskiej szkoły była likwidacja gimnazjów.
Owszem, można wskazać argumenty za i przeciw. Ale moim zdaniem najgorsze w tym posunięciu było bezsensowne zmarnowanie ogromnych zasobów. W wyniku jednej decyzji przepadły lata pracy i budowania w oparciu o doświadczenie, motywacja nauczycieli, straciliśmy część kadry, a także gigantyczne środki zainwestowane w infrastrukturę: w budynki, toalety, przystosowanie sal itd. Po co? Jaki jest bilans strat i zysków?
Równie zły - a może i gorszy - wpływ na kondycję polskiej szkoły miał wspomniany już złamany strajk nauczycieli. To był moment, który naprawdę odcisnął piętno na całym środowisku.
I winę za to ponoszą wszystkie strony. Bo ten strajk dało się złamać także dlatego, że samo środowisko nauczycielskie nie było spójne, nie działało jak jedna pięść. Nie miało też do końca jasno zdefiniowanych celów, po co ten strajk właściwie jest. Może właśnie stąd wzięły się te rozwiane nadzieje i poczucie zawodu. Nie umieliśmy wtedy i wciąż nie umiemy skupiać się na wypracowywaniu działających rozwiązań w drodze współpracy skupionej na celach. A cenę po-strajkowej demotywacji płacimy do dziś - i będziemy ją płacić jeszcze przez długie lata.
Od tamtej pory do szkół prawie nikt nowy nie przychodzi. Młodych nauczycieli jest dziś niewielu, a ci, którzy zaczynali pracę dekadę temu, wciąż uchodzą za "młodych". Pokolenie następców po prostu się nie pojawiło - i nic nie zapowiada, by miało to wkrótce ulec zmianie. Nawet jeśli powiemy, że nauczyciele sobie super radzą, że są fajni, że pani minister ich docenia.
Tak, ale z tym docenianiem nie jest taka prosta sprawa... Bo wiadomo - łatwo powiedzieć, że szkoła potrzebuje więcej pieniędzy. Trudniej, gdy budżet nie jest z gumy, a państwo inwestuje ogromne środki w armię i bezpieczeństwo w obliczu zagrożenia wojną. W takiej sytuacji trudno jednocześnie pompować miliardy w podwyżki dla całej sfery budżetowej, w tym dla nauczycieli.
Lecz nawet jeśli przyjmiemy, że nie mamy już więcej pieniędzy, to może byłoby nas stać na więcej zaufania. Na więcej swobody. Na więcej szacunku. Bo to są rzeczy, które nie kosztują nic - poza odwagą. Odwagą, by spróbować inaczej zarządzać, inaczej pracować, inaczej traktować ludzi.
Kłopot w tym, że żyjemy w świecie natychmiastowych rezultatów. Każdy oczekuje szybkich efektów, a zmiana podejścia ich nie daje. Jej owoce przychodzą z czasem. Ale mimo wszystko - to gra warta świeczki.
Bo od kilku lat obserwujemy zjawisko, które zaczęło się po wprowadzeniu programu 500+, potem 800+, likwidacji gimnazjów i złamaniu strajku nauczycieli. Z jednej strony rodzice mają dziś więcej pieniędzy w portfelach, z drugiej - szkoła publiczna przeżywa kryzys. Te dwa procesy działają równolegle i w przeciwnych kierunkach. W efekcie oświata publiczna słabnie, a niepubliczna - dynamicznie się rozwija.
I o ile dla części rodziców to dobra wiadomość, bo mogą sobie pozwolić na prywatną szkołę, o tyle w skali społecznej to zła tendencja. Bo prowadzi do pogłębiania prawdziwych i długofalowych nierówności. Edukacja przestaje być wspólnym dobrem, a staje się towarem - czymś, co można kupić, jeśli się ma środki.
A przecież szkoła publiczna powinna być nie tylko powszechnie dostępna, ale też dobra. To kwestia umowy społecznej, finansowanej z podatków wszystkich obywateli. Tymczasem różnice między sektorem publicznym a prywatnym rosną.
Mam wrażenie pewnego déjà vu - jak w latach 90., kiedy ten, kogo było stać, posyłał dziecko do szkoły niepublicznej, a cała reszta zostawała w publicznej, bo nie miała wyboru. Dziś sytuacja wygląda podobnie. Rodzice myślą: "skoro i tak dostaję 800+, to dopłacę ze dwieście złotych i moje dziecko będzie miało lepszą edukację - mniejsze klasy, bardziej zmotywowanych nauczycieli, lepsze warunki".
Wrócę na chwilę do tego, że skoro nie państwo nie może dać więcej pieniędzy, to mogłoby dać więcej wolności. Województwa czy regiony powinny mieć więcej swobody. Gdyby w miejsce kuratoriów powstały jakieś lokalne rady edukacji, to co właściwie stoi na przeszkodzie, żeby różne części kraju mogły kształtować swoje podejście do edukacji w sposób bardziej zgodny z lokalnymi wartościami i potrzebami?
Na przykład na Podkarpaciu, gdzie więcej osób deklaruje się jako wierzący katolicy i dla wielu z nich religia jest ważnym elementem tożsamości, można by w naturalny sposób wprowadzić więcej zajęć o takim profilu. A w regionach, gdzie poziom laicyzacji jest wyższy, gdzie mniej osób chodzi do kościoła, tych godzin mogłoby być mniej. Co w tym złego? Dlaczego nie?
Podobnie zresztą ze wszystkimi przedmiotami. Nie w każdej szkole musi być wybitny matematyk, więc po co upierać się, że w każdej szkole powinno działać kółko matematyczne. Ważne, by każda placówka dawała uczniom własną przestrzeń do odkrywania i rozwijania talentów - taką, jaka jest możliwa w jej realiach.
W jednej szkole może to być informatyka, bo jest świetny nauczyciel informatyki; w innej - matematyka, a gdzie indziej - literatura, jeśli pracuje tam pasjonat-polonista, który potrafi zabrać uczniów w świat książek jak nikt inny.
Równość nie polega na ujednoliceniu. Możemy być równi w różnorodności
Ale jednak będzie w tym pewna nierówność... Nie obawia się pan, że taka swoboda mogłaby pogłębić różnice między szkołami i regionami?
I co w tym złego, że szkoły będą różne? I tak są! Przecież nie o to chodzi, żeby wszędzie było tak samo. Wymaga to tylko śmiałości, by powiedzieć wprost coś niepopularnego: równość nie polega na ujednoliceniu. Możemy być równi w różnorodności, a wyrównywanie szans nie oznacza przesadnego standaryzowania oczekiwań.
Jeśli chodzi o standaryzację w sektorze publicznym, to ścieżką na skróty bywa równanie w dół. I z punktu widzenia szkół prywatnych to dobrze. Bo one często są one miejscem innowacji, wolności i eksperymentu. Ale w skali kraju to niebezpieczny trend. W interesie społeczeństwa powinno być to, by szkoła publiczna nie była radykalnie gorsza od niepublicznej.
Droga do tego nie wiedzie jednak przez kolejne standaryzujące regulacje. Raczej przez większą swobodę i zaufanie - do nauczycieli, do dyrektorów, do ludzi, którzy naprawdę znają swoje środowisko. Bo żaden minister, nawet najbardziej kompetentny, nie będzie wiedział, co jest najlepsze dla konkretnej szkoły, w konkretnej gminie czy dzielnicy.
Szkoła jest centrum życia społecznego - w mieście, na wsi, w okolicy. A społeczeństwo jest różnorodne. I właśnie dlatego decyzje merytoryczne - ale także te dotyczące kwestii światopoglądowych, jak choćby religii - powinny zapadać jak najbliżej ludzi, czyli w samej szkole.
Jeżeli tematem debaty publicznej będzie rozwiązywanie problemów, a nie ścieranie poglądów, to zmieni się zarówno kultura dyskusji, jak i jej skuteczność - bo zaczną pojawiać się wartościowe pomysły przynoszące realne efekty.
A dopóki debata sprowadza się do poziomu "mojsze, twojsze", dopóty nie ma sensu, bo po prostu do niczego nie prowadzi. Rozwiązywanie problemów, kreatywność w myśleniu, współpraca pomimo odmienności - to jest to, czego potrzebujemy jako społeczeństwo i kraj. Tego warto uczyć dzieciaki. To właśnie robimy w Odysei Umysłu.
Wojciech Radziwiłowicz - od 25 lat lider krajowej edycji międzynarodowego programu Odyseja Umysłu (Odyssey of the Mind), uczącego młodych ludzi kooperacji, innowacyjności i sprawczości. Wcześniej sam był odyseuszem oraz trenerem drużyn - w tym pierwszej polskiej ekipy Mistrzów Świata. Z wykształcenia socjolog; z zawodu i zamiłowania łącznik pomiędzy światami aktywizmu edukacyjnego, akademii i biznesu. Poza ukochaną Odyseją sprawował opiekę merytoryczną nad projektem oświatowym dla NBP, prowadził zajęcia w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego i na studiach podyplomowych na Uniwersytecie SWPS, tworzył dedykowane projekty szkoleniowe, rozwojowe i kreatywne dla firm i korporacji z wielu różnych branż - w tym marketingowej, dydaktycznej, produkcyjnej, bankowej, medycznej, farmaceutycznej czy FMCG. Społecznie pełni funkcję członka rady ds. reformy przy IBE oraz zespołu ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi przy MEN.