Lębork: Tajemniczy gryps sprzed 80 lat. Śledztwo Markowskiego
W tym artykule:
TYLKO U NAS! Sara Janicka jest PO ROZWODZIE. Opowiedziała o relacjach z Zakościelnym
Historia butelki z dwoma grypsami więźniów podobozu Stutthof
Jerzy Markowski, pasjonat historii z Lęborka, prowadzi mnie błotnistą ścieżką wzdłuż kilkusetmetrowych usypanych wałów ziemi. Mijamy strzelnicze tarcze, schodzimy poniżej, do jednego murowanych pomieszczeń. W jednym z nich, w 1960 roku, podczas prac budowlanych wydobyto butelkę z dwiema pożółkłymi kartkami, grypsami więźniów podobozu Stutthof w Lęborku, których w czasie wojny Niemcy zmusili do budowania tej strzelnicy. Jeńcy napisali: "Nie wiedząc czy wyjdą na wolność, zostawiając po sobie te ślady. Jest nas tu 55 razem, z czego 28 wykończonych. (...) Oddają się pamięci tych co to znajdą i proszą o ogłoszenie! Lauenburg 7.11.1944".
- Polak w 1944 roku na terenie niemieckiego Lauenburga pisze po polsku list, w którym prosi o upamiętnienie i ukrywa go w butelce. Jakby przeczuwał, że to miejsce będzie należało do Polski. To poruszające! Te grypsy pchnęły mnie do tego, żeby zgłębić tę sprawę - mówi Jerzy Markowski.
Detektyw po godzinach, księgowy w pracy
Na co dzień księgowy w jednej z lęborskich firm, wciela się w rolę detektywa historii. Po pracy zamyka tabelki exela z firmowymi bilansami i liczy ofiary śmiertelnego żniwa w lęborskim podobozie przy koszarach SS. Pisze do archiwów w Polsce, Niemczech i Rosji. Przekopuje się przez tysiące dokumentów i akt, żeby dowiedzieć się kto zginął, ilu zabito jak i kto to zrobił.
Na podstawie jego ustaleń IPN wznowił umorzone śledztwo w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości. We wrześniu br. w pobliżu miejsca zbrodni odsłonięto tablicę upamiętniającą pomordowanych polskich więźniów. Podczas uroczystości Karola Nawrockiego, prezydenta RP reprezentował Piotr Czauderna. Licznie przybyli m.in. samorządowcy, przedstawiciele organizacji kombatanckich, NSZZ "Solidarność".
"Odsłaniane dzisiaj upamiętnienie nie jest zwykłym kamieniem pamiątkowym. To głos zza grobu, odpowiedź na dramatyczny apel więźniów, którzy w grypsach ukrytych w murach strzelnicy błagali: "Prosimy o ogłoszenie!". Dziś prośba zostaje wypełniona - ich cierpienie zostaje nazwane, a pamięć o nich przywrócona" - mówiła Katarzyna Lisiecka, Naczelnik Oddziałowego Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa.
Notatki oficera Blaua
Krwawa historia koszar SS i strzelnicy nie zaczyna się jednak od grypsu więźniów i nie tylko oni tę historię napisali. Przed wojną kompleks budynków dzisiejszej jednostki wojskowej pełnił rolę szpitala psychiatrycznego. Lębork sprzyjał faszystom. Podczas kampanii prezydenckiej w 1932 roku mieszkańcy entuzjastycznie powitali Hitlera. Kiedy władzę w Niemczech przejęli naziści, pacjentów szpitala uznano podludźmi. W 1940 roku placówkę zlikwidowano a chorych wymordowano w ramach akcji T-4. Jerzemu Markowskiemu udało się ustalić personalia niektórych z nich.
- W Urzędzie Stanu Cywilnego w Słupsku zachowały się akty zgonów pacjentów szpitala psychiatrycznego w Lęborku - mówi Jerzy Markowski. - Zdarzają się sytuacje, że jednego dnia zgłaszane jest np. 5 zgonów. To osoby wymienione z imienia i nazwiska, z dużym prawdopodobieństwem uśmiercone przez ówczesnych lekarzy szpitala psychiatrycznego i pochowani przy szpitalu. Wielu z pacjentów szpitala psychiatrycznego rozstrzelano w Piaśnicy.
Budynki po szpitalu opustoszały. W 1940 roku zajęły je Waffen-SS na potrzeby szkoły podoficerów. Trzeba było przebudować cały kompleks na koszary, które mogły służyć młodym kadetom. Zaplanowano budowę hali ćwiczeń, budynku dla oficerów, magazynu gazu i garażu na 60 aut z warsztatem. Młodym podoficerom potrzebna była także strzelnica. Obiekt o wymiarach 300 metrów na 25 m. miał powstać w pobliżu budynków koszar. O ile do przebudowy szkoły podoficerów zatrudniono firmy z Lęborka, o tyle do prac ziemnych przy strzelnicy Niemcy postanowili wykorzystać darmową siłę roboczą. Akurat trwała ofensywa niemiecka na froncie wschodnim. Do stalagów trafiali masowo jeńcy radzieccy.
- Sprowadzono ich do Lęborka z Czarnego - mówi Markowski. - Wobec nich Niemcy nie stosowali Konwencji Genewskiej, nie mieli żadnych praw. Byli niedożywieni, w łachmanach, katowani.
Niemieccy oficerowie nie byli jednak zadowoleni z pracy rosyjskich jeńców. W niemieckich archiwach zachowała się korespondencja w których komendanci obozu skarżą się do Berlina, że Rosjanie są mało wydajni, do niczego się nie nadają, nie chcą pracować. Żeby ich zmusić do pracy byli bici, głodzeni. Opisuje to Niemiec o nazwisku Blau, który sprawował nadzór nad budową na terenie koszar. Sporządził notatkę z opisem sytuacji w lęborskim podobozie, którą po wojnie przechowywał Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Lęborku. Odnaleziono ją podczas remontu lęborskiego archiwum w 1998 roku i na jej podstawie Instytut Pamięci Narodowej wszczął śledztwo w 2002 roku. Blau pisał o dwóch egzekucjach. Według niego w pierwszej egzekucji Niemcy rozstrzelali 50 jeńców rosyjskich za odmowę pracy. W drugiej zabito 35 więźniów różnych narodowości, w tym Polaków.
Ziemia wchłonęła krew jeńców
Wraz z Jerzym Markowskim stoję za płotem przy koszarach. Leśny zagajnik odgradza to miejsce od drogi i zabudowań jednostki wojsko. Był tu kiedyś cmentarz, na którym chowano zmarłych pacjentów szpitala psychiatrycznego. Pozostał ślad po stojącym tam kiedyś krzyżu. Potem grzebano tu także więźniów podobozu w Lęborku. Jerzy Markowski pokazuje miejsce, o którym pisze Blau w swojej notatce. Gdzieś tu, w zbiorowej mogile pochowano rozstrzelanych jeńców. Blau w wymienia bezpośrednich sprawców zbrodni, to m.in Gorbaadt, Leopoldseder, Stretzberg, Weinzerl.
- Z treści jego notatek wynika, że pisał je po wojnie. Nie ma też pewności co do tego, że Rosjanie się zbuntowali - mówi Jerzy Markowski. - Prawdopodobnie Blau dostał się w ręce lęborskiego UB. W swoich notatkach przy poszczególnych nazwiskach sporządził opisy charakteryzujące tych ludzi, np. "szczególnie okrutny" itd.
Markowski wydobył z rosyjskich archiwów akta osobowe części Rosjan, którzy trafili do Lęborka. Ustalił, że wszyscy zginęli w ciągu miesiąca, co pasowałoby do wersji opisywanej przez Niemca. - Datę egzekucji możemy oszacować na koniec października 1941 roku, bo 11 listopada do Lęborka sprowadzono stu więźniów z Buchenwaldu - tłumaczy J. Markowski. - Po tym, jak rozstrzelano jeńców rosyjskich, Niemcy potrzebowali nowej siły roboczej.
Harmonogram przewidywał, że strzelnica ma być gotowa w lipcu 1942 roku. Dlatego po egzekucji Rosjan do Lęborka przyjechał kolejny transport więźniów, w tym Polaków. Masy ziemi na wałach, które ją otaczają oddają ogrom pracy ale już nie cierpienia, które kosztowała ta budowa. W porośniętych trawą wzgórzach tkwią tony przewalonego rękami więźniów piasku, ale nie widać krwi jeńców, która w nie wsiąkła. Więcej mówi relacja Antoniego Rzyszkowskiego, jednego z więźniów, który przyjechał tam w 1942 roku.
"Pojechało nas tam 100 budować strzelnicę. Po przyjeździe do Lauenburga (Lęborka), przy wysiadaniu z samochodu od razu dwóch zabili pałkami. W obiad przyjechaliśmy, ale obiadu nam nie dali tylko pognali do lasu i musieliśmy górę w jednym miejscu rozbierać ten piasek zwozić w inne miejsce i strzelnicę budować. Kapem był tam Niemiec Kliford. (...). to był zbrodniarz naprawdę, tak że z tych stu, co z nami jechali tylko kliku zabrali wykończonych do Stutthofu, reszta zginęła w Lauenburgu. Praca była ciężka, od świtu do nocy budowaliśmy tę strzelnicę. Strasznie nas bili.(...)".
Cztery baraki lęborskiego podobozu Stutthof znajdowały się mniej więcej tam, gdzie dziś stoi lęborska pływalnia "Rafa". Zanim powstały, pierwsze transporty więźniów do Lęborka lokowano w wilgotnych i zimnych piwnicach budowanych koszar. Strzelnica znajduje się kilkaset metrów dalej a budynki wojskowe są tuż za nią. Jeszcze dalej, na wysokości dzisiejsze Tczewskiej w Lęborku znajdowało się 15 baraków młodych kadetów SS. Jerzy Markowski zauważył te budynki na lotniczej fotografii Lęborka z 44 roku, którą zdobył z archiwum... RAF w Anglii. Poza grypsem więźniów także ta fotografia z nieznanymi wcześnie budynkami zainspirowała go do zgłębienia krwawej historii tego miejsca. -Pomogła mi Niemka, która załatwiła mi dokumenty z Bundesarchiv - mówi Markowski. -Niemcy mają dokumentację szkoły Waffen SS w Lęborku. Dostałem ok. 600 stron dokumentów.
Kolejnych dokumentów mój rozmówca szukał już sam. Za niektóre musiał zapłacić by ściągnąć je z archiwum w Niemczech.
- Nie ma listy imiennej osób, które trafiły do Lęborka, ale przeszukałem internetowe niemieckie archiwum Arolsen, w którym są dostępne digitalizowane dokumenty wszystkich obozów koncentracyjnych - mówi Markowski. - Wynikało z niego, że do Lęborka 11 listopada 1941 roku wysłano ponad 100 więźniów. Poza tym zachowały się indywidualne fiszki każdego z nich. Na nich też mają wbitą pieczątkę, kiedy przyjechali do Lęborka.
Setka więźniów wymieniana jest raportach dziennych Buchenwaldu, w których Lębork jest jeszcze opisywany jako podobóz. Ten stan się nie zmieniał do marca 1942 roku, kiedy wysłano do Lęborka ostatnią grupę 48 jeńców Buchenwaldu. Markowski przeanalizował dokumenty i dostrzegł, że już 23 marca 1942 roku, kiedy zliczano więźniów, było ich w Lęborku tylko 114 a powinno być 147. Brakowało 33 osób. Pasjonat historii skojarzył ten fakt z informacją z notatki Niemca Blaua, który wskazywał, że egzekucje były dwie: w jednej zastrzelono 50 jeńców rosyjskich, w kolejnej mówi o zabiciu 35 więźniów. - Prawdopodobnie ofiary drugiej egzekucji też zostały pochowane na cmentarzu przy koszarach - uważa Jerzy Markowski. - Nie wiemy jednak jaki był bezpośredni powód tej egzekucji.
33 nieznane nazwiska
Kiedy pod koniec marca 1942 roku dowództwo podobozu w Lęborku postanowiło przekształcić lęborski podobóz Buchenwald na podobóz Stutthof, listę sporządzono już bez 33 więźniów. Pozostali przy życiu znaleźli się w księdze ewidencyjnej KL Stutthof. Do notatki Blaua była dołączona także lista 37 wartowników, członków kompanii sztabowej i inspekcji budowlanej. Przy niektórych z nich Balu dopisywał uwagi, np. "wielokrotny morderca".
Jerzy Markowski ustalił, że w marcu 1942 rozstrzelano najprawdopodobniej 33, a nie 35 więźniów. Z personaliami ofiar sprawa jest trudniejsza.
- Teoretycznie możemy ustalić listę tych zabitych więźniów - mówi J. Markowski.- Obóz w Buchenwaldzie prowadził bardzo szczegółowa buchalterię. Każdy więzień, który wyjeżdżał był w ewidencji. Trzeba jednak przekopać się przez tysiące fiszek znajdujących się w archiwach niemieckich, na których jest pieczątka potwierdzająca, że ten więzień przybył do Lęborka. Potem zestawić to z listą ludzi przejętych przez Stutthof. Brakujące 33 nazwiska to będą dokładnie ci więźniowie, którzy zostali rozstrzelani.
Jerzy Markowski napisał do niemieckiego archiwum i przedstawił im całą historię sprawy z własną analizą. Zapytał też, czy są w stanie dotrzeć do nazwisk ofiar nazistowskiego reżimu. - Odpowiedzieli mi, że nie mają sił i środków żeby to przeprowadzić a poza tym nie są do tego powołani - mówi Markowski i dodaje, że wziął sprawy w swoje ręce.
Żeby ustalić personalia 33 osób zastrzelonych podczas drugiej egzekucji ponownie przekopuje niemieckie archiwum.
- Mam do sprawdzenia 143 tys. stron, przewertowałem już jakieś 12 proc. Robię to w wolnej chwili - mówi Jerzy Markowski. - Kilka nazwisk już mam, zgłoszę je do IPN.
Ustalenia IPN-u
Instytut Pamięci Narodowej w Gdańsku w 2007 roku umorzył śledztwo, które wszczął na podstawie notatki Blaua w 2002 roku. Wówczas udało się ustalić miejsce pobytu jednego z katów z Lęborka, wymienionych w notatce. Niemiec o nazwisku Stretzberg mieszkał w Szwajcarii. Na wniosek IPN Interpol ustalił, że esesman zmarł.
Jerzy Markowski napisał artykuł dotyczący swoich ustaleń w kwestii działania lęborskiego podobozu, który ukazał się w Zeszytach Stutthof. Złożył też wniosek do IPN o wznowienie śledztwa w tej sprawie. Przekazał do IPN personalia tych ofiar, które udało mu się ustalić na podstawie dziennych raportów zgonów, które w latach 1941-1942 zgłaszane przez komendanturę obozu do Urzędu Stanu Cywilnego w Lęborku. Dokumenty trafiły do archiwum w Słupsku.
- W tym archiwum zachowała się księga zgonów. Przejrzałem ją i ustaliłem personalia pięciu więźniów z Buchenwaldu, którzy zginęli w Lęborku. Jeden z nich mieszkał w pobliżu Wejherowa - mówi Markowski, który dotarł w tej sprawie dalej niż IPN.
- Ujawnione przez Jerzego Markowskiego materiały i źródła dowodowe nie były znane prokuratorom prowadzącym uprzednio zakończone śledztwo - informuje Tomasz Jankowski, prokurator IPN w Gdańsku. - Możliwe do przeprowadzenia nowe dowody są istotne dla prawidłowego rozstrzygnięcia w sprawie i wyjaśnienia ważnych okoliczności, jak dokładne określenie czasu i miejsca popełnienia przestępstw, ilości pokrzywdzonych, a zwłaszcza ustalenie tożsamości części ofiar. Z tego względu śledztwo zostało podjęte.
Prokurator IPN-u przyznaje przy tym, że Jerzy Markowski wykonał kawał archiwistycznej i śledczej roboty. To pozwoliło prokuratorom IPN-u wznowić śledztwo dotyczące ot. zbrodni przeciwko ludzkości dokonanych przez funkcjonariuszy III Rzeszy Niemieckiej SS w Lęborku.
- Podczas przygotowania do pisania artykułu Jerzy Markowski zapoznał się z aktami sprawy i zgromadził istotne materiały źródłowe - mówi Tomasz Jankowski. - W swoim wniosku wskazuje on nowe nieznane uprzednio źródła dowodowe i ustalenia dotyczące m.in. danych osobowych pokrzywdzonych, niektórych jeńców sowieckich zmarłych w Lęborku oraz więźniów z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie przekazanych do Lęborka.
Śledczy podkreślają, że Jerzy Markowski dotarł do nieznanych wcześniej materiałów archiwalnych dotyczących funkcjonowania Ausenkommando Lauenburg i członków jego załogi, w tym nazwiska wszystkich komendantów: "Wnioskodawca porządkuje chronologię wydarzeń i zbrodni zaistniałych na terenie budowy szkoły dla podoficerów SS w Lęborku i strzelnicy przynależnej do tej szkoły. Zgromadzone przez ww. dane wskazują, że ciała zamordowanych jeńców sowieckich i cywilnych więźniów obozów koncentracyjnych pochowane zostały w zbiorowych mogiłach na terenie byłego cmentarza przyszpitalnego. Miejsce to obecnie zajmowane jest przez jednostkę Wojska Polskiego w Lęborku".
W toku prowadzonego postępowania IPN-u gdański historyk przeprowadził kwerendę archiwalną, opracował informacje i załączył kopie dokumentacji dotyczącej 114 więźniów KL Buchenwald przekazanych do komanda roboczego w Lęborku. Przeanalizowano też księgi zgonów, żeby ustalić dane zmarłych jeńców sowieckich i więźniów komanda roboczego KL Buchenwald i KL Stutthof w Lęborku.
"W jej wyniku ujawniono akty zgonów wystawione łącznie dla 23 więźniów. Odnaleziono akty zgonów dotyczące czterech osób zmarłych w datach od 16.11.1941 r. do 23.01.1942 r. czyli w okresie poprzedzającym powstanie listy więźniów KL Buchenwald z dnia 23.03.1942 r" - informuje gdański oddział IPN.
Śledczy ustalili także m.in. że stan podobozu wynoszący ok. 90-100 osób się stale zmieniał. Jedni więźniowie umierali, inni byli wywożeni, a jeszcze inni przyjeżdżali. Z archiwum w Toruniu wydobyto dokumentację budowy infrastruktury na terenie byłego cmentarza przy jednostce wojskowej.
Śledztwo trwa nadal
- Nadmieniam, iż śledztwo nadal wymaga kontynuowania podkreśla Tomasz Jankowski. - Przeprowadzone zostaną oględziny kolejnych materiałów archiwalnych dotyczących więźniów podobozu w Lęborku odnalezionych po kwerendzie historyka Oddziałowej Komisji w Gdańsku, wykonana zostanie dalsza analiza archiwalnych Ksiąg zgonów niemieckiego Urzędu Stanu Cywilnego w Lęborku z lat 1944-1945. Pozwoli to na ustalenie dokładnej liczby i danych zmarłych tam więźniów. Konieczne jest uzyskanie tłumaczenia dokumentów archiwalnych z języka niemieckiego. Dopiero w konsekwencji wykonanych ww czynności podjęta zostanie próba weryfikacji danych ustalonych więźniów podobozu w Lęborku, pokrzywdzonych w sprawie, w systemie Pesel i innych dostępnych bazach danych osobowych obywateli polskich, a następnie ustalenie danych osób dla nich najbliższych.
Jerzy Markowski współpracuje od kilku lat z Działem Naukowym Muzeum Stutthof w Sztutowie.
- Dzięki tej współpracy udało się m.in. wspólnie zidentyfikować i nabyć nowe, nieznane wcześniej alianckie zdjęcia lotnicze Lęborka, które pozwoliły ustalić szczegóły topografii podobozu KL Stutthof. - podkreśla Łukasz Kępski Rzecznik Muzeum Stutthof w Sztutowie. - Muzeum Stutthof bardzo ceni sobie współpracę z panem Jerzym Markowskim i jego historyczną wiedzę terenową w Lęborku i okolicach. Został on przez Muzeum zaproszony do grupy, która wspólnie z IPN Gdańsk podjęła się zadania nowego oznaczenia i opisu miejsc pamięci narodowej związanych z obozem Stutthof w Lęborku.
Gdzie leżą pomordowani jeńcy?
Na znalezionym w butelce, ukrytej w murze strzelnicy, grypsie z 1944 roku na dwóch kartkach, dwoma różnymi charakterami pisma napisano dwa teksty. Autorem był Henryk Rost i prawdopodobnie jeszcze jeden więzień. Poza wołaniem o upamiętnienie, znajduje się tam informacja o 28 jeńcach zastrzelonych przez SS-manów. Tablica przy pomnikach na cmentarzu parafialnym w Lęborku informuje, że leżą oni właśnie w tam, w zbiorowej mogile. Zdaniem Jerzego Markowskiego, tak nie jest.
- W moim przekonaniu w grypsie nie chodzi o egzekucję w 1944 roku, tylko egzekucję z 1942 roku o której wspomina w notatce Blau - uważa Markowski. Przypuszcza też, że ofiary tych zbrodni najprawdopodobniej nie zostały ekshumowane i spoczywają nadal na terenie jednostki.
Gdański IPN w toku śledztwa wydobył z archiwum w Toruniu dokumentację budowy infrastruktury na terenie byłego cmentarza przy jednostce wojskowej. Dopytujemy o ekshumację ofiar niemieckich zbrodni na terenie Lęborka . I otrzymujemy taką odpowiedź:
"W Urzędzie Miasta Lęborka, Archiwum Państwowym oraz w Zarządzie Głównym PCK nie odnaleziono dokumentów dotyczących ekshumacji ofiar II wojny światowej na terenie miasta Lęborka".
Niewielka nekropolia, która służyła najpierw pacjentom szpitala, a potem więźniom filii obozu Stutthof też ma swoje tajemnice. Według pogłosek, potwierdzanych przez emerytowanych żołnierzy, jeszcze długo po wojnie podczas prac ziemnych na terenie jednostki wykopywano ludzkie szczątki.