Leonid Rogozow. Chirurg, który sam się zoperował
Wiosną 1961 roku, na antarktycznej stacji badawczej odległej o tysiące kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji, radziecki lekarz Leonid Rogozow stanął przed niemożliwym wyborem. Zapalenie wyrostka robaczkowego rozwijało się błyskawicznie, burza śnieżna uniemożliwiała ewakuację, a on sam był jedynym chirurgiem na stacji. W tej sytuacji podjął decyzję, która przejdzie do historii medycyny.
Od Syberii do Antarktydy
Leonid Iwanowicz Rogozow przyszedł na świat 14 marca 1934 roku na odległej stacji kolejowej Daurija w obwodzie czytyjskim. Jego rodzina należała do milionów Rosjan dotkniętych stalinowskimi represjami politycznymi – ojciec pracował jako kierowca, matka doiła krowy, a w 1936 roku wszyscy trafili do Minusińska na zesłanie. Dzieciństwo Leonida przypadło na najtragiczniejsze lata XX wieku: ojciec zginął na froncie w 1943 roku, matka pracowała bez wytchnienia, by wyżywić dzieci.
W tych warunkach młody Rogozow musiał szybko dorosnąć. Opiekował się młodszą siostrą, uczył się pilnie i marzył o medycynie. Po ukończeniu szkoły średniej odbył służbę wojskową, która w Związku Radzieckim była obowiązkowa dla wszystkich młodych mężczyzn. Następnie dostał się do prestiżowego Leningradzkiego Instytutu Medycznego, gdzie wybrał wydział lekarski ze specjalizacją chirurgiczną.
Świadek podniósł alarm. Spójrzcie na nagranie ze Śląska
Już jako młody absolwent rozpoczął pracę w klinice chirurgicznej i szybko zyskał reputację sprawnego, opanowanego lekarza. Kiedy w 1960 roku ogłoszono nabór do szóstej radzieckiej ekspedycji antarktycznej, zgłosił się bez wahania. Dla ambitnego chirurga w wieku 26 lat była to szansa nie tylko na przygodę, ale też na udział w prestiżowym przedsięwzięciu naukowym – Antarktyda stanowiła wtedy symbol rywalizacji między supermocarstwami i podboju ostatnich niezbadanych zakątków planety.
Pułapka na końcu świata
W październiku 1960 roku Rogozow dotarł na stację badawczą położoną niemal dokładnie na biegunie południowym. Życie w bazie przypominało pobyt w hermetycznie zamkniętej kapsule: kilkunastoosobowy zespół naukowców i techników, temperatura spadająca do minus 60 stopni Celsjusza, długie noce polarne i całkowita izolacja od reszty świata. Kontakt radiowy był utrzymywany, ale pomoc medyczna była tak daleko, że w praktyce nie istniała.
29 kwietnia 1961 roku – już po zakończeniu krótkiego antarktycznego lata – Rogozow poczuł charakterystyczny ból w prawym dolnym kwadrancie brzucha. Jako chirurg rozpoznał objawy natychmiast: zapalenie wyrostka robaczkowego, choroba, która nieleczona prowadzi do perforacji, zapalenia otrzewnej i śmierci w ciągu kilku dni. W normalnych warunkach to rutynowy zabieg trwający godzinę. Na Antarktydzie, w środku zimy polarnej, oznaczało wyrok.
Ewakuacja była niemożliwa – nad stacją szalała burza śnieżna, która uziemiała samoloty przez wiele dni. Najbliższy szpital znajdował się tysiące kilometrów dalej, w Australii lub Ameryce Południowej. Rogozow miał świadomość, że temperatura jego ciała rośnie, wyrostek pęcznieje i z każdą godziną ryzyko pęknięcia staje się większe. Został postawiony przed wyborem, którego żaden lekarz nie powinien rozważać: albo umrze, albo spróbuje operować samego siebie.
Operacja bez precedensu
30 kwietnia o godzinie 22:00 czasu moskiewskiego w małym, prowizorycznym gabinecie medycznym na stacji rozpoczęła się najbardziej niezwykła operacja w dziejach chirurgii. Rogozow nie miał wykształconego asystenta, nie miał doświadczonego anestezjologa, nie miał nawet możliwości obserwowania pola operacyjnego pod odpowiednim kątem. Miał za to trzech kolegów bez żadnego przygotowania medycznego: meteorologa Aleksandra Artemyjewa, mechanika Zinowija Tieplinskiego i szefa stacji Władisława Gierbowicza.
Artemyjew otrzymał zadanie podawania instrumentów – Rogozow musiał mu dokładnie wytłumaczyć, jak wyglądają poszczególne narzędzia i kiedy je podawać. Tieplinski odpowiadał za oświetlenie i trzymanie lustra, które miało pomóc chirurgowi widzieć swoje wnętrzności. Gierbowicz dostał najtrudniejszą rolę: obserwować twarz operującego się lekarza i w razie utraty przytomności natychmiast go obudzić.
Rogozow postanowił operować bez rękawiczek chirurgicznych – musiał polegać wyłącznie na dotyku, bo lustro odwracało obraz i utrudniało orientację. Ułożył się w pozycji półsiedzącej z nogami podniesionymi pod kątem 30 stopni, co miało ułatwić dostęp do prawej części brzucha. Po zaaplikowaniu sobie środka przeciwbólowego wykonał dwunastocentymetrowe cięcie, po czym – na oślep, kierując się tylko znajomością anatomii – zaczął przeszukiwać jamę brzuszną w poszukiwaniu wyrostka.
Granice ludzkiej wytrzymałości
Po trzydziestu minutach zabiegu Rogozow poczuł zawroty głowy i osłabienie. Jego puls przyspieszył, wzrok się zamazał. Zdawał sobie sprawę, że organizm reaguje na ból, stres i utratę krwi. Musiał zrobić trzydziestosekundową przerwę – położyć instrumenty, zamknąć oczy, odzyskać jasność umysłu. Jego towarzysze obserwowali z przerażeniem, jak lekarz operuje własne wnętrzności.
Po przerwie kontynuował. Odnalazł zapalony wyrostek, ostrożnie go odizolował, nałożył zaciski na naczynia krwionośne i wyciął. Następnie musiał zeszyć ranę wewnętrzną i zewnętrzną – wszystko własnymi rękami, z minimalną pomocą asystentów, którzy ledwo rozumieli, co się dzieje. Cały zabieg trwał ponad dwie godziny. Kiedy nakładał ostatnie szwy, jego ręce drżały z wyczerpania, ale wiedział, że przeszedł najtrudniejszą próbę w swoim życiu.
Po operacji zaaplikował sobie antybiotyk i środek nasenny. Przez następne dni leżał w łóżku z gorączką, ale stopniowo stan się poprawiał. Tydzień później mógł już chodzić, a po dwóch – wrócił do pełnienia obowiązków lekarza stacji. Instrumenty, którymi operował samego siebie, zostały później przekazane do Muzeum Arktyki i Antarktydy w Petersburgu, gdzie do dziś stanowią niemą pamiątkę po tym niezwykłym wyczynie.
Życie po Antarktydzie
Kiedy w 1962 roku ekspedycja wróciła do Związku Radzieckiego, Rogozow stał się bohaterem. Otrzymał Order Czerwonego Sztandaru Pracy – jedno z najwyższych odznaczeń cywilnych w ZSRR. Władze Leningradu przyznały mu dwupokojowe mieszkanie, co w warunkach chronicznego niedoboru lokali było gestem wielkiego uznania. Tysiące ludzi pisało do niego listy z gratulacjami i podziwem.
Spotkał również Marcelę, która stała się jego żoną i towarzyszką życia. Wrócił do pracy w chirurgii, ale tym razem jako doświadczony lekarz, który wiedział, czym jest samotność, ból i granice ludzkiej wytrzymałości. Jego historia obiegła świat i do dziś jest cytowana w podręcznikach medycyny i psychologii jako przykład niezwykłej determinacji i profesjonalizmu. Leonid Rogozow zmarł 21 września 2000 roku na raka żołądka, w wieku 66 lat.