Białystok: Oglądaliście "Dom dobry"? O hejcie, kinie i teatrze. I o tym co się dzieje, kiedy fikcja miesza się z życiem
Film "Dom dobry" zaczyna się niczym historia miłosna. Gośka (Agata Turkot) poznaje w internecie Grześka (Tomasz Schuchardt). Jest szczęśliwa i myśli, że to ten jedyny. W końcu. Grzesiek też wariuje na jej punkcie i zachowuje się tak, jakby chciał jej nieba przychylić. Niestety na tym idealnym obrazku dość szybko zaczynają pojawiać się rysy. A tam gdzie była miłość bardzo szybko wkracza przemoc. Pokazując, że nawet tzw. dobry dom wcale nie jest gwarancją tego, że w nim jej nie będzie.
Aktorzy stworzyli w tym filmie genialne kreacje. Szczególnie w pamięć zapada Tomasz Schuchardt, który wciela się w rolę oprawcy, przemocowca. Zagrał na tyle wiarygodnie, że niektórym widzom ten obraz miesza się z rzeczywistością, a co za tym idzie - wylewają swoją frustrację za postać na aktora utożsamiając go z filmowym Grześkiem. Więcej jest jednak komentarzy, w których pojawia się zapewnienie, że jakikolwiek hejt wymierzony w stronę aktora świadczy tylko o tym, że świetnie zagrał swoją rolę.
Świadek podniósł alarm. Spójrzcie na nagranie ze Śląska
Film Wojtka Smarzowskiego jest dziełem trudnym, niewygodnym, ale niezwykle potrzebnym - działającym na wyobraźnię i inicjującym ważną społeczną dyskusję - mówi Agnieszka Makowska, aktorka którą możemy oglądać w "Domu dobrym" oraz wykładowczyni białostockiej filii Akademii Teatralnej. - Praca aktorska Tomka Schuchardta w ogromnym stopniu przyczyniła się do jakości filmu i jego siły oddziaływania. Miałam okazję obserwować jego pracę na planie i jestem pod dużym wrażeniem umiejętności, które posiada. Tomek jest profesjonalistą i bardzo mądrym człowiekiem. Przyjmując propozycję tej roli, z pewnością miał świadomość, jak wymagający jest to materiał. Ze swojego zadania wywiązał się wybitnie - wie, co robi, doskonale dobiera środki wyrazu i jest niezwykle wiarygodny. Jeśli komuś zaczyna mylić się Tomek z filmowym Grześkiem, czyli postacią, którą stworzył, jest to w gruncie rzeczy komplement. Myślę, że Tomek doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jeśli zaś chodzi o hejt, którego doświadcza, mam taką refleksję: czy nie jest przypadkiem tak, że media niepotrzebnie podkręcają całą sytuację, nagłaśniając akty hejtu i tym samym zwiększając ich zasięg? Podsycając informacje o hejcie, napędzają hejterów. Myślę, że taki hejt najlepiej jest po prostu pozostawić bez echa i zignorować. Tomek jest wspaniałym mężem i ojcem, a także doświadczonym aktorem. Domyślam się, że doskonale rozumie specyfikę tego zawodu.
Jeśli chodzi o zacieranie granic między fikcją, kreacją filmową czy teatralną a realnym życiem Makowska odwołuje się też do własnych doświadczeń.
Jeśli chodzi o moją drogę zawodową - czasem spotykam się z tym, że widzowie poza sceną czy poza teatrem zwracają się do mnie imieniem postaci - mówi aktorka. - Do tej pory miało to pozytywny, życzliwy i żartobliwy wydźwięk. Choć teraz przyszło mi do głowy: może faktycznie - nie do końca żartem - jestem dla nich bardziej panią Marzenką niż Agnieszką?
Kiedy fikcja miesza się z rzeczywistością, a wykreowane postacie zyskują dominujące oblicza w społecznej świadomości
Sytuacja ta otwiera pole do dyskusji na temat tego, dlaczego pojawiają się ludzie, widzowie, którym fikcja miesza się z rzeczywistością? Czy wiąże się to z dezinformacją, która otacza nas zewsząd? A może z możliwościami technicznymi sprawiającymi, że trudno jest odróżnić coś prawdziwego od czegoś stworzonego na przykład przez sztuczną inteligencję. Albo znaleźć balans między kinem czy teatrem a życiem.
Wcześniej, jeszcze przed "Domem dobrym", duże poruszenie wywołał chociażby film "Pokłosie", gdzie w jedną z głównych ról wcielał się Maciej Stuhr. Jemu też oberwało się za postać, którą kreował.
Z powodu udziału w filmie "Pokłosie" przestałem być uważany za Polaka w niektórych kręgach - pisał aktor na Facebooku.
Tego jak rzeczywistość może mieszać się z fikcją nie może zrozumieć Adam Woronowicz, aktor pochodzący z Białegostoku.
To jest chore, jeżeli komuś miesza się rzeczywistość z fikcją i utożsamia aktora z postacią, którą odgrywa - mówi Adam Woronowicz. - Jedyne co mogę poradzić, to mniej telefonu, więcej książek.
Jedna z aktorek Teatru Dramatycznego im. A. Węgierki w Białymstoku, a zarazem szefowa Pracowni Teatralnej, Justyna Godlewska-Kruczkowska przypomina kilka sytuacji z teatralnej przestrzeni.
Pamiętam aferę sprzed lat z "Konopielką", kiedy to zarzucono Robertowi Ninkiewiczowi grającemu Kaziuka, że ściął głowę Panu Jezusowi - mówi Justyna Godlewska-Kruczkowska. - A to był taki duży świątek symbolizujący drzewo, tradycję i wszystko, z czym Kaziuk kończy po romansie z miastową nauczycielką. Wzywali Roberta do jakiś urzędów... za ścięcie głowy i oburzenie w prasie! Zdarzało się, że na "Leonie i Matyldzie", spektaklu Teatru Dramatycznego w którym gram Matyldę byli panowie, którzy chcieli pobić Marka Tyszkiewicza wcielającego się w rolę Leona. Albo pokrzykiwali w trakcie spektaklu, że go zaraz pobiją.
Godlewska-Kruczkowska przywołuje też przykład aktorki, która zagrała niegdyś w filmie "Dzieje grzechu", jeszcze jako studentka filmówki. Niestety z mianem i piętnem "kobiety lekkich obyczajów" nie znalazła ani pracy, ani nie miała dobrego życia w peerelowskich czasach.
Z zabawniejszych - jest anegdota, jak do Artura Żmijewskiego na ulicy panie mówią "Szczęść Boże". W Jasełkach też kiedyś były zarzuty, że "nie tak wygląda anioł" - wymienia aktorka. - Przypomina mi się też spektakl, za który oberwało się chyba najbardziej i nam, aktorom i twórcom. To "Biała siła, czarna pamięć" Piotra Ratajczaka na podstawie książki Marcina Kąckiego. Na mnie nawet była skarga u proboszcza, bo tak dobrze zagrałam swoją postać...
Krzysztof Zemło, reżyser i aktor, współtwórca Teatru Łątek Supraśl zapewnia, że sam z hejtem się nie spotkał, ale już z sytuacjami, kiedy komuś rzeczywistość miesza się z fikcją już tak. Zarówno sam, jak i z opowiadań znajomych aktorów.
Słyszałem opowieści, jak na przykład aktora grającego księdza w serialu ludzie witali zwrotem "Szczęść Boże", a później, jak grał w innym serialu lekarza - chcieli się u niego leczyć - śmieje się Krzysztof Zemło. - Ludzie niestety często nie odróżniają fikcji od rzeczywistości i to co jest pokazane w telewizji biorą za pewnik. Między innymi z tego powodu był przecież czas, gdzie odeszło się od reklam leków z udziałem aktorów w kitlach.
Od ponad 30 lat w jednej roli, czyli czy można "zrosnąć się" ze swoją postacią
O identyfikacji z rolą wie coś na pewno Krzysztof Ławniczak, aktor Teatru Dramatycznego im. A. Węgierki w Białymstoku, który od ponad 30 lat gra Michaiła Zubowa w spektaklu "Zapiski oficera Armii Czerwonej" wg dzieła Sergiusza Piaseckiego. Premiera przedstawienia w reżyserii Andrzeja Jakimca odbyła się 29 lutego 1992 roku.
W teatrze działają nieco inne mechanizmy niż w filmie. Zdarza się, że po spektaklu przychodzą do mnie ludzie porozmawiać, czy wziąć autograf, wymienić opinie - opowiada Krzysztof Ławniczak. - I rozmawiają nie o Krzysztofie Ławniczaku, który jest Zubowem, tylko o tym, o czym jest ten spektakl. Niektórzy te czasy przeżyli, tracili swoich bliskich. Pamiętam, że grałem "Zapiski..." dla studentów i przyszedł do mnie człowiek, coś chciał powiedzieć i raptem zaczął płakać. Myślę: "Boże, serce mu wysiadło, stres?". W ciągu sekundy się człowiek zmienił, dałem mu szklankę wody. A on mówi: "ja pana bardzo przepraszam, ja chciałem bardzo podziękować za spektakl. Ale w momencie, gdy wszedłem do pana garderoby, wróciła do mnie cała historia, którą pan zasugerował w tym spektaklu". Okazało się, że to dziekan Wydziału Prawa, który napisał książkę o 1939-1941 roku. I ten spektakl był motywem i inspiracją do jej napisania.
Jak dodaje aktor, z hejtem w swojej pracy się nie spotkał.
Jeżeli chodzi o moją osobę, nie było żadnych negatywnych zachowań, wręcz przeciwnie. To zawsze jakaś afirmacja tego, że jest taki spektakl, że on jest ważny - zapewnia Ławniczak. - Niby to jest komedia, ale to też ważny i mądry spektakl. To jest refleksja dla młodych, rodzaj edukacji. Tak zwany biorca kultury ma świadomość tego co ogląda, co widzi, co słyszy. I wyciąga wnioski. Natomiast jeżeli z różnych względów biorcą nie jest, to zdarza się, że podchodzi do tego bardzo emocjonalnie. I nie rozgranicza, że sztuka do czegoś służy. Utożsamia się za to z aktem twórczym, tak jakby akt twórczy był naszym prawdziwym życiem. A przecież nie jest. Reakcje są różne i troszeczkę smutne jest, jeżeli aktora utożsamia się z graną przez niego, zazwyczaj negatywną postacią tak mocno, że zacierają się granice między fikcją a rzeczywistością. Ale to też może być dla aktora komplement, bo to znaczy, że tak dobrze zagrał, że jego kreację przyjęli jeden do jednego, zapominając, że to jest tylko film czy spektakl, który ma zmusić do pewnej refleksji, a nie do biczowania, czy plucia na człowieka, że zagrał taką a nie inną postać.
Internetowe zacieranie granic między tym co realne, a tym co wykreowane
Ale nie tylko w teatrze czy w filmie dochodzi do zatarcia granic. Coraz częściej dotyka to też świata internetu. To, że technologia się mocno rozwija, z jednej strony bardzo cieszy, ale z drugiej przeraża. Dezinformacja, która w internecie jest wszechobecna i często bezrefleksyjne podejście do niej samych użytkowników jest... straszne.
Ludzie chyba czasami nie rozumieją tego, że jak robię żarty, to są to żarty z samego siebie, a nie z kultury czy tradycji - podkreśla Karol Stefanowicz, znany jako Kolorek czy Turysta z Podlasia, twórca internetowy. - Moje filmiki mają charakter satyryczny i wiadomo, że nie jeżdżę przez dwie godziny po rondzie w Krynkach, bo nie mogę znaleźć wyjazdu do Białegostoku! To jest tylko żart, który wstawiam do mojego filmu. Co więcej jest to żart, który nikogo nie obraża, a który raczej ze mnie robi idiotę. Ale zauważyłem, że ludzie czasami uważają, że rzeczywiście tak myślę, jak to jest na filmikach.
Twórca zapewnia, że obecnie technologia bardzo się rozwinęła, a sztuczna inteligencja jest na naprawdę wysokim poziomie. I o ile młode osoby są w miarę obeznane z tematem, tak starsi często nie odróżniają rzeczywistości od tego, co generuje sztuczna inteligencja.
Ostatnio często po Facebooku chodzą treści i zdjęcia wygenerowane przez AI - podsumowuje Kolorek. - Weźmy sobie pierwszy z brzegu przykład - stoi chłopiec z bukietem kwiatów i ja od razu widzę, że to jest zdjęcie wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Do tego jest jakiś podpis, typu "zebrałem taki ładny bukiet kwiatów i nikt go nawet nie pochwalił". I w komentarzach zazwyczaj starsi ludzie biorą to na poważnie i piszą mu jakieś komentarze chwalące bukiet. To jest trochę przerażające, że ludzie nie odróżniają tego, co jest wygenerowane przez sztuczną inteligencję, a co jest rzeczywiste. Zdecydowanie potrzebne są w tej kwestii szkolenia lub jakieś inne formy uświadamiania użytkowników internetu co i jak.
Spektakl "Zapiski oficera Armii Czerwonej" Teatru Dramatycznego obchodzi 32. urodziny! I wraca w marcu na afisz! Warto wybrać się do teatru