Szczecin: Miliony miały ratować pacjentów. Szpital przy Unii Lubelskiej bez wsparcia z Funduszu Medycznego
O pieniądzach z Funduszu Medycznego piszemy od 2023 r., kiedy został rozstrzygnięty pierwszy konkurs na inwestycje w onkologii. Oba szczecińskie szpitale znalazły się wówczas na liście rankingowej - w sumie dofinansowanie miało otrzymać dziewiętnaście placówek w całym kraju. Pieniądze zostały przyznane dwa dni przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi. Dyrektorzy otrzymali nawet symboliczne czeki a potem... unieważniono konkurs.
Żadna z wyłonionych placówek nie otrzymała wówczas grosza. Ówczesna ministra zdrowia tłumaczyła, że z powodu przeprowadzonej przez CBA kontroli konkursu. Powiedziała wówczas, że funkcjonariusze Biura ujawnili w nim nieprawidłowości. Ich skala była ponoć tak duża, że przetarg należało unieważnić. Z tym, że do dzisiaj nie podano, ile konkretnie było zastrzeżeń i jakiego były typu. Jak się dowiedzieliśmy, posłowie sporządzili w tej sprawie interpelację poselską. Czekają na odpowiedź z CBA.
Świadek podniósł alarm. Spójrzcie na nagranie ze Śląska
Ale konkurs powtórzono. Wzięły w nim udział także oba szpitale ze Szczecina, które wcześniej (w pierwszym konkursie) zdobyły wystarczającą liczbę punktów, by otrzymać dofinansowanie inwestycji. W efekcie Zachodniopomorskie Centrum Onkologii otrzymało na modernizację palcówki aż 300 mln zł. Uniwersytecki szpital kliniczny... nie dostał nic.
- Jesteśmy pod kreską. Nie ma nas na liście rankingowej - mówi dr hab. Konrad Jarosz, dyrektor USK-1 PUM w Szczecinie.
Co teraz?
- Czekam na dalsze ruchy ze strony ministerstwa. Chcielibyśmy się do tego jakoś ustosunkowywać - dodaje dyrektor.
Szpital za pieniądze z Funduszu Medycznego planował powiększenie bazy lokalowej, przede wszystkim w zakresie opieki dziennej, jak i stacjonarnej kliniki hematologii.
Plan był taki, że na terenie szpitala (w pobliżu pl. Norwida, w miejscu, gdzie obecnie jest parking) powstanie nowy, kolejny budynek onkologii, roboczo nazywany "onkologia 2" - pierwszy stoi obok, lada dzień zostanie otwarty.
- W planowanym budynku miała się znaleźć głównie hematologia. Nieprzypadkowo. W hematoonkologii obserwujemy największą, poza nowotworami płuc, dynamikę przyrostu zachorowań - wyjaśnia Konrad Jarosz. - To, że właśnie hematologia nie powstanie, sprawia mi największy ból.
Poza tym dyrektor chciał rozdzielić strumień pacjentów chirurgicznych-onkologicznych od chirurgicznych-nieonkologicznych. Szpital leczy pacjentów obu grup. Ale z powodu braku miejsca, pacjent nowotworowy leży obok np. pacjenta urazowego. To dla obu jest niekomfortowe.
- Taka sytuacja jest szczególnie niebezpieczna dla pacjentów onkologicznych - tłumaczy dyrektor Jarosz. - Oni nie mają żadnej odporności, dlatego musimy w szczególny sposób dbać o ich bezpieczeństwo. Budując dla nich oddział, chciałem ich oddzielić od reszty chorych.
I jeszcze trzeci element.
- W budynku zaplanowałem także klinikę torakochirurgii. Powód jest ten sam: ogromna liczba zachorowań na raka płuc, a dodatkowo konieczność zapewnienia leczenia torakochirurgicznego dla dorosłych i dzieci w jedynych w województwie centrach urazowych dla dzieci i dorosłych.
W programie inwestycyjnym uwzględniono też utworzenie pracowni bronchofiberoskopowej, której działalność miała wesprzeć diagnostykę nowotworów płuc oraz diagnostykę powikłań infekcyjnych u chorych hematoonkologicznych. Do budynku "onkologii 2" miał też zostać przeniesiony bank komórek krwiotwórczych, który jest integralną częścią oddziału transplantacji szpiku, a w obecnej lokalizacji już się po prostu nie mieści.
- To wszystko miało wypełnić przestrzeń nowego obiektu. Wciąż nie przestaję wierzyć w to, że jeszcze będzie. Mam nadzieję, że nie wszystko jest przesądzone. Czekam. Powinniśmy przecież otrzymać jakieś oficjalne uzasadnienie decyzji. - dodaje dyrektor Konrad Jarosz.
Szpital przy ul. Unii Lubelskiej jest jedyną placówką, która nie otrzymała pieniędzy spośród tych, którym wcześniej je przyznano. Przypadek?
- Jestem daleki od jakichkolwiek podejrzeń. Po prostu tego nie rozumiem. Ta inwestycja jest przecież niezwykle ważna dla mieszkańców regionu.
Dyrektor Jarosz uspokaja, że bez pieniędzy z Funduszu Medycznego szpital nadal będzie przyjmował chorych - niczego nie trzeba będzie zamykać.
- Zależało nam przede wszystkim na poprawie warunków i podniesieniu komfortu leczenia pacjentów. Żeby wszystko było blisko siebie, żeby minimalizować ryzyko infekcyjne. By pacjenci po prostu byli zadowoleni. Czasami mam wrażenie, że wyważam otwarte drzwi. I zadaję sakramentalne pytanie: czy naprawdę w XXI w. pacjenci mają mieć takie warunki, jakie mieli sto lat temu?
Nie składają broni. Szpital zapewnia, że będzie szukać innych sposobów pozyskania finansowania przygotowanej inwestycji.