Andrzej Smolik o koncercie "To Kraków tworzy metamorfozy": Dawne przeboje zamienią się w coś nowego i ciekawego
- Od pewnego czasu zajmujesz się tworzeniem i aranżowaniem muzyki na zamówienie. To też może być kreatywnym zajęciem dla artysty?
Świadek podniósł alarm. Spójrzcie na nagranie ze Śląska
- Tak. To jest rozszerzenie tego, co robi się w studiu, będąc producentem. Mamy tutaj bowiem do czynienia z żywym organizmem. Spędzając dużo czasu w zaciszu studia i budując w cyfrowej rzeczywistości różne konstrukcje muzyczne, tęskni się za graniem z innymi artystami. I to takim, które spala się jednorazowo. Tego rodzaju sytuacje pozwalają spełniać swoje marzenia - o wykonaniu ulubionego utworu lub o spotkaniu z ulubionym artystą. I to bez dużej odpowiedzialności wiązania się z kimś na zawsze lub na wiele lat. Można więc zagrać z kimś jednorazowo, ale jednocześnie coś z tego dla siebie wziąć.
- W tym roku zgłosiła się do ciebie Tauron Arena z Krakowa z propozycją wyprodukowania koncertu "Metamorfozy". Co cię zainteresowało w tym projekcie?
- Przede wszystkim eklektyzm programu, na który będziemy sobie mogli pozwolić. Ale też spotkanie się z innymi artystami w takich konstelacjach, w których nigdy jeszcze nie byłem. Z wieloma wykonawcami zaproszonymi do udziału w tym koncercie, miałem już okazję współpracować, ale będą tam też takie zestawienia personalne, które do tej pory się nie wydarzyły. Począwszy od piętnastolecia Męskiego Grania i koncertu "Przemiany" w Sopocie udało mi się zgromadzić wokół siebie grupę muzyków, z którymi świetnie się rozumiemy. Dzięki temu pewne rzeczy są już dawno przerobione i czuję się z nimi na scenie bezpiecznie. To pozwala też na nowe i ciekawe wycieczki muzyczne. Nie jest to więc zwykłe zatrudnianie ludzi do wykonania jakiegoś zadania, tylko artystyczne partnerstwo. Świetnie nam się po prostu razem gra.
- W zeszłym roku "Metamorfozy" dla Tauron Areny przygotował Mioush. Widziałeś to widowisko i jakoś odniesiesz się do niego w swoim?
- Nie miałem okazji zobaczyć tego koncertu. Ponieważ jednak mamy z Mioushem za sobą dużą współpracę, bo zagraliśmy sześć koncertów w katowickim NOSPR-ze, jestem sobie z grubsza w stanie wyobrazić to, co mógł przygotować. Nie będę jednak podążał tym samym tropem. Mioush będzie naszym gościem, dzięki czemu nastąpi swego rodzaju przekazanie schedy z tamtego roku w moje ręce. Zagramy po prostu coś z naszych wspólnych rzeczy z kiedyś.
- Jak rozumiesz hasło koncertu, zaczerpnięte z dawnej piosenki Maanamu - "To Kraków tworzy metamorfozy"?
- Kraków daje nam wolną rękę pod względem artystycznym i dach nad głową w postaci Tauron Areny. Dzięki temu możemy po swojemu opowiedzieć jakąś historię. Jej wyznacznikiem będą tytułowe metamorfozy - czyli występy muzyczne, podczas których dawne przeboje zamienią się w coś nowego i ciekawego. Zabrzmią więc klasyczne piosenki, ale zaserwujemy kilka wolt aranżacyjnych, które pokażą je od innej strony, wpisując się w ewidentny sposób we wspomniane hasło. Metamorfoza to dla mnie nieoczekiwana zmiana, wyjście poza strefę komfortu, zderzenie i zmiana konwencji. Wszystko to sprawia, że dana piosenka okazuje się być zupełnie inna niż wyobrażaliśmy sobie, że może być. O to tutaj chodzi.
- Masz jakieś związki z Krakowem?
- Występuję tu regularnie od początku swej kariery. Co ciekawe w Krakowie gra mi się trochę inaczej niż we wszystkich miastach w Polsce. Oczywiście każde miasto czy nawet sala ma swą specyfikę, ale bardzo w Krakowie bardzo lubię to, że ludzie tutaj nie gadają na koncertach.
- Serio?
- Tak. Kiedy w innych miastach gramy spokojniejsze czy wolniejsze utwory, jest o wiele ciszej i słychać jak mnóstwo osób ze sobą rozmawia, co bardzo nas na scenie rozprasza. To bardzo deprymujące. A w Krakowie, wtedy, kiedy powinno być cicho, bo gramy bardziej intymnie, jest jak trzeba - ludzie słuchają w milczeniu. Dlatego podczas "Metamorfoz" pozwolimy sobie na kilka takich lirycznych wycieczek.
- Jak wybrałeś piosenki, które usłyszymy?
- Nie ma tu jakiegoś jednego klucza. Biorąc pod uwagę ilość wokalistów i ich własne preferencje, trudno było coś narzucać. To wszystko było kwestią długich negocjacji i rozmów. Oczywiście ważna też była dramaturgia tego wydarzenia. Potrzebowaliśmy różnych energii: energii różnych piosenek i energii różnych artystów. "Metamorfozy" to rodzaj muzycznej układanki, której nie dało się wygenerować od razu. To jest proces. Najpierw wymyśliłem 2-3 utwory, a potem sukcesywnie zaczęły się pojawiać kolejne. W tym czasie niektóre elementy tych puzzli wylatywały, a na ich miejsce pojawiały się nowe. To coś jak kompilowanie albumu czy składanki. Taka muzyczna rzeźba.
- Postawiłeś na szeroki skład: rockowy zespół, dęciaki i smyczki, a do tego jeszcze elektronika. W którą stronę poszły nowe aranżacje, które przygotowałeś?
- Formuła tego koncertu jest na tyle pojemna, że pozwoliłem sobie na absolutny rozstrzał stylistyczny. To pełen muzyczny eklektyzm. Nie ma tu jakiegoś korzenia brzmieniowego, który wyznaczałby charakter całości. Jedynym wspólnym elementem tego widowiska są wykonawcy uczestniczący w "Metamorfozach". Zagramy od prostego rockandrolla, przez uliczny folk, po nowoczesną elektronikę. I wszystko to musi zmieścić się w jednej formule. Ja to bardzo lubię - kiedy jest eklektycznie i różnorodnie, aż czasami wręcz schizofrenicznie. Dlatego najbardziej się martwię o naszego akustyka, bo będzie musiał lawirować pomiędzy skrajnie różnymi brzmieniami. Raz będzie sam Atom String Quartet, raz sam bigband, a kiedy indziej sub-basy rodem z techno. To jest bardzo karkołomne.
- Na koncercie wystąpią gwiazdy polskiej sceny popowej i rockowej, reprezentujący różne pokolenia. Nie miałeś problemów z pozyskaniem kogo chciałeś?
- Nie. Bardzo ważna jest tutaj data - poniedziałek 10 listopada. Akurat tak się złożyło, że wszystkim pasował ten termin. Podejrzewam, że w lecie, kiedy większość artystów koncertuje, trudniej byłoby mi zebrać ten zestaw gwiazd. Poza tym zakładam, że większość z nich mnie zna i akceptuje moją osobę jako aranżera czy dyrektora artystycznego.
- Miałeś do czynienia z samymi gwiazdami, z których każda jest dużą indywidualnością i ma silną osobowość. Jak sobie poradziłeś z dyrygowaniem taką orkiestrą?
- Jeszcze do końca nie wiadomo, bo nie z wszystkimi się osobiście spotkałem. Próby wokalne dopiero się odbędą. Robiłem już jednak podobne koncerty z większością z tych ludzi, graliśmy razem na żywo czy pracowaliśmy w studiu nad jakimiś piosenkami lub albumami, mamy więc przetarte szlaki i duże zaufanie do siebie. Z niektórymi się koleguję prywatnie czy wręcz przyjaźnię - i to też jest bardzo ważne. Te wszystkie lata wspólnych doświadczeń powodują, że łatwiej się nam teraz porozumieć. Trzeba sobie po prostu zaufać i dać trochę przestrzeni. I nie wojować ze sobą.
- Są tu jednak artyści, z którymi nigdy wcześniej nie miałeś do czynienia - choćby Grzegorz Turnau. Jak tutaj było?
- Zgadza się. Nie spotkałem się nigdy wcześniej z Grzegorzem, nie znaliśmy się nawet z widzenia na "dzień dobry". Słuchałem jednak jego albumów, szczególnie tych wczesnych z lat 90. I bardzo się cieszę, że nasze ścieżki wreszcie się skrzyżować. To właśnie dla mnie przysłowiowa wisienka na torcie tego całego koncertu. Rozmawiałem z koleżankami i kolegami, którzy wystąpią podczas "Metamorfoz" i oni wszyscy czują to samo - że Grzegorz jest z innego świata, a jednak z nami razem. To bardzo fajne. Spotkałem się już z Grzegorzem, mamy przegadane i przerobione wszystkie rzeczy. I muszę zdradzić, że jego osoba będzie generowała najwięcej zaskoczeń. Zarówno on znajdzie się w nowej rzeczywistości muzycznej, jak i my z nim. Co ciekawe okazało się, że piosenki Grzegorza wcale nie są takie łatwe i musieliśmy się z nimi sporo namocować z zespołem.
- "Metamorfozy" to też spotkanie różnych generacji: bo Grzegorz Turnau dobija 60-ki, a Wiktor Waligóra jest ledwo po 20-ce. Takie zetknięcie odmiennych pokoleń też było intrygujące?
- Bardzo. To cenne spotkanie dla nas wszystkich. Zarówno dla nas starszych artystów, jak i dla młodzieży. My możemy doświadczyć tej świeżej energii, a ci młodzi mogą coś u nas podpatrzyć i czegoś się nauczyć. To szybka i stadna wymiana cennych informacji, która w innych okolicznościach nie mogłaby się wydarzyć. To coś bardzo inspirującego. Przynajmniej dla mnie.
- Trudno sobie wyobrazić jak pracowałeś nad tymi piosenkami z tak szerokim składem. Mieliście jakieś próby?
- Część spotkań odbywa się już od dawna wirtualnie. Najpierw stworzyłem w zaciszu domowego studia na komputerze wirtualne wersje piosenek. Potem rozesłałem je do zespołu, który miał za zadanie nauczyć się ich, ale też nałożyć swoje poprawki. Potem rozesłaliśmy to do big-bandu i do kwartetu smyczkowego. Oni to rozpisali na nuty. Na koniec zwołałem próby z samymi tylko instrumentalistami. Podczas tych spotkań doprowadziliśmy te piosenki do takiej formy, w której możemy je zagrać na koncercie. Później nagraliśmy je i wysłaliśmy do wokalistów, aby nauczyli się śpiewać. Oni nanieśli swoje poprawki - i dopiero teraz dzień przed koncertem mamy się spotkać w Tauron Arenie, żeby zrobić próbę generalną. Ilość mikrofonów, odsłuchów, wzmacniaczy jest tak wielka, że przypomina to ogromną logistykę dużego festiwalu. To mnóstwo różnych danych. Teraz czasy są jednak o tyle dobre, że AI potrafi odseparować głos wokalisty od oryginalnej muzyki w bardzo łatwy sposób. Dlatego od pewnego czasu korzystamy na próbach z oryginalnych wokali konkretnych artystów - tzn. gramy z nimi, choć ich z nami nie ma. I to jest dużo łatwiejsze niż granie bez wokali, które zazwyczaj bywa bardzo nudne.
- Za część wizualną odpowiada krakowski artysta Adam Nyk. Konsultowaliście się ze sobą, aby obraz był zgrany z muzyką?
- Ta wizualna strona jest dziś bardzo ważna na koncertach. W naszym przypadku to autonomiczna część widowiska - tak samo ważna jak sama muzyka. Część tego, co tworzy Adam, będzie absolutnie interaktywna - to nie będą obrazy dopięte do piosenek, tylko wizualizacje, reagujące na gorąco na całą energię koncertu, na muzyków i publiczność. Jak to będzie do końca wyglądało, okaże się dopiero w poniedziałek 10 listopada wieczorem w krakowskiej Tauron Arenie.
- "Metamorfozy" to jednorazowe i niepowtarzalne wydarzenie. Nie żal ci trochę tego? Jest szansa, że pojedziecie z nim w Polskę lub że ukaże się płyta?
- Żal i nie żal. Z jednej strony szkoda, że po tak dużej ilości pracy wielu ludzi nie zostanie żadnego śladu. A z drugiej - ta ulotność jest piękna. To tak jak ze spektaklem teatralnym czy z koncertem muzyki improwizowanej. Tam pewne rzeczy zdarzają się tylko raz - i niech płoną takim wyjątkowym płomieniem. Kto przyjdzie i zobaczy, będzie miał to potem w sercu. Podobnie my muzycy też. To jest dobre i tak powinno być.