Obrady, które nie pozwalały mówić – historia Sejmu Niemego
Wyobraź sobie salę, w której setki głosów mają milczeć. 1 lutego 1717 roku w Warszawie posłowie siadali sztywni jak manekiny, a marszałek nie podnosił wzroku znad pergaminu. Nikt nie może zabrać głosu. Nikt. Jedna pomyłka, jeden okrzyk – i wszystko runie. Za oknami zmarznięte miasto, nad nim cień obcych bagnetów i wola dwóch władców, których ambicje rozciągają się dalej niż Wisła. Na środku stoi Stanisław Ledóchowski – marszałek, który zamiast dyskusji zarządza ciszę. Nad tekstem pochyla się pamięć niedawnych wojen i długa ręka mediatora ze Wschodu. Król z Saksonii musi zgodzić się na więcej, niż myśli; szlachta – na mniej, niż kiedykolwiek chciała. W środku – tylko skrzypienie pióra i szept urzędnika, który zna treść, zanim usłyszy ją Rzeczpospolita. Kilka zdań, które przesądzą, kto ma prawo decydować w polskich sprawach, jak wielu żołnierzy będzie strzec granic i czyje modlitwy wolno będzie słyszeć publicznie. Jeden człowiek czyta, setki milczą, a milczenie staje się pieczęcią. Ktoś próbuje wstać – nie wolno. Ktoś chce zaprotestować – nie ma komu. Tego dnia rozmowy przekuto w rozkazy, kompromis w nakaz, a sprzeciw w ciszę. Co tak naprawdę zostało odczytane, w czyim interesie i za jaką cenę? I dlaczego najbardziej donośny okazał się brak głosu…